żywa Wiara

Świadectwa wiaryZOBACZ WSZYSTKIE

W życiu bowiem nie chodzi o to, żeby było łatwiej. Tylko prawdziwiej...

autor: Łukasz

użytkownik: Administrator z dnia: 2015-01-04

Od najmłodszych lat, rodzice w każdą niedzielę prowadzili mnie do kościoła na Mszę św. I chwała mm za to, bo od maleńkości uczyli mnie w ten sposób przyjaźni z Panem Bogiem. Ale mając te kilka lat, tak naprawdę nie miałem pojęcia o Eucharystii i Bogu (może jedynie tyle, ile mówili mi rodzice i czego dowiadywałem się na lekcjach religii, oraz w kościele). Kiedy miałem dziewięć lat, zostałem ministrantem. Już wtedy byłem u stóp Boga, ale nawet o tym nie wiedziałem. Bo tak naprawdę, co w tym wieku mógłbym konkretnego powiedzieć? Cóż, chyba tylko tyle, że stałem przy ołtarzu, nosiłem komżę i byłem ministrantem dłużej, niż inni koledzy. I chwała Panu za to! Cieszyłem się z tego, rodzice mnie chwalili, robiłem postępy jako ministrant, zacząłem pełnić pewne funkcje na Eucharystii. Byłem szczęśliwy! Mając dziewięć lat, już w jakiś sposób zaufałem Panu!

Ale wszystko było dobrze do pewnego momentu. Do momentu, w którym mój tata nie uległ wypadkowi. Od tego czasu zacząłem toczyć się po równi pochyłej w dół. Bardzo kocham moich rodziców, a tu w jednym momencie mogłem stracić tatę! To był dla mnie szok! Zacząłem się zastanawiać, dlaczego musiało się to przytrafić akurat mojemu tacie? Dlaczego? Przecież (tak myślałem w wieku ok. jedenastu-dwunastu lat), chodziłem na Mszę niedzielną i nie tylko, uczyłem się, pomagałem rodzicom, a tu coś takiego! Zacząłem szukać jakiejś ucieczki od tego wszystkiego, i wpadłem w złe towarzystwo. Opuściłem się w nauce (w konsekwencji tego, nie zdałem do następnej klasy), oszukiwałem, że wszystko jest dobrze, ale tak nie było. Zamiast do szkoły, szedłem z nowymi kolegami gdzieś do parku, na ławkę, a tam zacząłem palić papierosy i pić najtańsze wina. Jednym słowem schodziłem na dno. Trwało to długo, a o wszystko obwiniałem samego Jezusa! Przecież to On zawsze mówił, że będzie dobrze, że nic złego nam się nie stanie. A jednak się stało. Nie przyjmowałem pomocy od nikogo! I było mi z tym dobrze! Bo cóż mogłem chcieć więcej: wyróżniałem się w szkole tym, że znam osoby, których się wszyscy boją. Mnie też zaczęli podobnie odbierać. Paliłem, wieczorami byłem na dworze, a jak nie chciało mi się iść do szkoły, to szedłem gdzieś na ławkę. Podobało mi się to. W tym czasie, w ogóle zaprzestałem chodzenia do kościoła i na religię. Stwierdziłem: po co? Przecież i tak, nikt mi tam nie pomoże. Mam siedzieć i udawać, że słucham, jak ksiądz gada to, co i tak nie jest mi potrzebne do szczęścia? Ja swoje szczęście, miałem w parku na ławce. Czułem się wolny, miałem to, co chciałem. Tak żyłem...

Pewnego wieczoru, idąc z psem, spotkałem kolegę z klasy. Nie spodziewałem się, że wieczorem będzie gdziekolwiek szedł, skoro nawet po lekcjach nie chciał nawet na chwilę wyjść na dwór. Zaczęliśmy rozmawiać, ponieważ zdziwiło mnie to, że gdzieś idzie. Powiedział mi, że idzie do kościoła, na spotkanie z innymi młodymi ludźmi (rówieśnikami i starszymi). I od razu zaproponował mi, abym poszedł z nim. Mówił, że będzie fajnie, pomodlimy się, pośpiewamy itp. Odpowiedziałem mu: "Stary, dzięki, ale trafiłeś pod zły adres. Mnie kościół, nie jest potrzebny do szczęścia. Ja swoje szczęście znalazłem gdzie indziej". Ale on nie dawał za wygraną. Stał i zachęcał mnie. Dla odczepki powiedziałem, że się zastanowię. W międzyczasie dzwonił, informował, że są spotkania, żebym przyszedł. Po kilku tygodniach zaczęło mnie to wszystko wkurzać. Ciągle telefony, żebym poszedł na to spotkanie. W końcu umówiłem się i poszedłem z nim, na spotkanie Diakonii Nastolatków. Przyszedłem i usiadłem. Wszyscy byli dla mnie bardzo mili. Zaczęli śpiewać, a co najważniejsze, zaczęli się modlić. Tyle tylko, że modlitwa była spontaniczna. Nie mogłem w to uwierzyć. Stwierdziłem, że to miejsce nie jest dla mnie, że to jakaś sekta! Pomyślałem, NIE! Dziękuję, nie chcę do należeć do sekty! Wstałem i wyszedłem. Kolega do mnie podbiegł, od razu powiedziałem mu, że na żadną sektę nie będę chodził. Dopiero wtedy mi wyjaśnił, na czym polega modlitwa spontaniczna. Po pierwszym spotkaniu nic do mnie nie dotarło, ale poznałem nowych ludzi i stwierdziłem, że raz w tygodniu mogę poświęcić 2 godziny na spotkania. To, co mnie ciągnęło do Diakonii na początku, to ludzie, którzy tam byli i atmosfera, jaka tam panowała. Na początku chodziłem tylko z tego powodu. Z czasem jednak odkrywałem nowe rzeczy. Odkrywałem to, co dobre, to, co uszczęśliwia, to, co jednoczy wszystkich chrześcijan - miłość Jezusa.

Ale był to nadal czas, w którym wybierałem: ławka, park, czy Diakonia, Kościół, a co za tym idzie - Jezus? W tym czasie tata wracał do zdrowia. Mnie zaczęło się układać w szkole. Dostrzegłem, że chodząc na spotkania Diakonii, wszystko zaczęło się "prostować". Zacząłem wierzyć na nowo! Ale był to tylko fundament, który był wkopany bardzo płytko. Przełomowym momentem, był wyjazd na moje pierwsze rekolekcje. Stwierdziłem, że pojadę, odpocznę, poznam bardziej tych wspaniałych ludzi, których widuję na spotkaniach, a na rekolekcjach będę z nimi przez dziesięć dni, dwadzieścia cztery godziny na dobę. To była moja jedyna nadzieja na ten wyjazd: poznać lepiej tych ludzi. Temat rekolekcji brzmiał: "Zaufaj Panu! Nie bój się, wypłyń na głębię..." Na początku w ogóle nie zwróciłem uwagi na sam temat. Dopiero na miejscu, gdy się o tym dowiedziałem, zdałem sobie sprawę z tego, że to jest miejsce na to, by przemyśleć swoje życie! I był taki jeden (dla mnie najważniejszy) dzień na rekolekcjach, w całości poświęcony naszej relacji z Bogiem. Każdy tego dnia musiał znaleźć jakąś rzecz, która mu się spodobała. Mógł być to jakiś kamień, patyk, itp. Cały dzień każdy z nas przeżywał osobno. Każdy zastanawiał się nad swoim życiem, robił namiot spotkania, modlił się, itp. Wieczorem odbyła się Msza św. Każdy szedł do kościoła sam, w odstępach 2-3 minut. Po komunii św. był kulminacyjny moment tego dnia. To, co zebraliśmy, np. kamień, patyk, składaliśmy (dobrowolnie) przed ołtarzem, jako nasze grzechy, pozbywając się ich i zawierzaliśmy się Panu! Nad każdą osobą modlono się wstawienniczo. Właśnie wtedy nastąpiło moje nawrócenie! Wtedy to właśnie, usłyszałem słowa Pana: "Ja jestem Prawdą, Drogą i Życiem". Postanowiłem oddać swe życie Panu, pod Jego opiekę, pod Jego wolę. Właśnie wtedy urodziłem się na nowo! Zacząłem tak naprawdę żyć! Odkryłem to, co dobre, to, co piękne.

Wiem, i jestem tego pewien, że w Bogu mam Przyjaciela, który zawsze jest do mojej "dyspozycji". Z czasem zacząłem zdawać sobie sprawę z tego, co Pan dla mnie zrobił dobrego. A co najważniejsze: umarł dla mnie na krzyżu, za moje grzechy, z miłości do mnie! Wiem, że Pan nigdy się ode mnie nie odwróci, że zawsze znajdzie dla mnie czas, o każdej porze dnia i nocy! Bez względu na to, gdzie będę i co będę robił.

Od tamtych rekolekcji, Pan zajął w moim życiu pierwsze miejsce. I choć nie zawsze było, i pewnie nie będzie kolorowo, ja wiem i jestem pewien, że jestem pod Bożą Opieką. Wiem, ze Pan nie pozwoli na to, by stało mi się coś złego. Dzięki Bogu odkryłem, jak ważna jest Eucharystia, jak ważni są przyjaciele i jak ważna jest Wspólnota, a także służba bliźnim. Dzisiaj Eucharystia, nie jest dla mnie tylko zwykłą Mszą św., ale spotkaniem z Jezusem, radością z tego, że Go przyjmuję do własnego serca. Czymś, czego nie da się opisać słowami, tylko trzeba to poczuć i przeżyć. Od momentu przyjścia do Diakonii poznałem "prawdziwych" kolegów, z niektórymi osobami się zaprzyjaźniłem. I wiem, że to jest szczera przyjaźń. Bo nikt się nie patrzy, jak się ubieram, jak wyglądam, ile mam pieniędzy. Tylko patrzą na to, co jest we mnie, a ja dzięki nim, nauczyłem się tego samego, czyli nie oceniać ludzi po wyglądzie. I wiem, że na moich przyjaciół mogę zawsze liczyc, tak jak naBoga!  W każdym momencie, w każdej sytuacji. Idąc dalej jest Wspólnota: tak naprawdę mój drugi dom. To m.in. dzięki tym ludziom odkryłem wiele wartości, to oni pomagają mi wzrastać w mojej wierze, mogę liczyć zawsze na modlitwę, ale także na rozmowę, żarty, zabawę, przyjaźń, wspólną grę np. w piłkę nożną czy koszykówkę (zwłaszcza podczas rekolekcji). Wspólnota nauczyła mnie także służyć bliźnim.

Dziś jestem animatorem na Kursie Alpha, poprzez który przygotowujemy młodzież do bierzmowania. Chcę im pokazać drogę do Jezusa, pokazać kim On jest, kim może być dla nich, tak samo jak kiedyś pokazano mi. I chyba przede wszystkim, też pokazać, że taki gość, który chodzi w szerokich spodniach, nosi bluzę z kapturem i czapkę i jest tzw. skatem, też może być blisko Boga. Bo Pan nikogo nie przekreśla, ale zawsze czeka...

Chciałbym, aby moje świadectwo dotarło do wszystkich, a szczególnie do młodych, którzy mają podobne problemy, jakie ja miałem wcześniej. Żeby zobaczyli, że jest prawdziwe szczęście - Bóg. Są drzwi, które prowadzą nas do dobrego. Jest Ktoś, kto ofiaruje nam prawdziwą miłość, tak jak rodzice, bliscy. Dlaczego chcę, aby zobaczyło to moje świadectwo jak najwięcej młodych? Ponieważ nie chcę, żeby stracili czas, żeby otworzyli się na Pana jak najszybciej, żeby nie żałowali swoich decyzji, tak jak ja żałuję tego, co robiłem wcześniej. Nigdy nie jest za późno,aby zrobić w sercu miejsce dla Pana, ale po co z tym zwlekać?

Łukasz "Młody"

Komentarze (1)

Portal zywawiara.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy i wypowiedzi zamieszczanych przez internautów. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną.

~Marzena

06.03.2015, godz.07:42

Łukaszu, powodzenia...cudowne świadectwo