żywa Wiara

Świadectwa wiaryZOBACZ WSZYSTKIE

Brałam udział w zabijaniu nienarodzonych dzieci i poddałam się aborcji - świadectwo byłej aborcjonistki

autor: Wendy

użytkownik: Admin z dnia: 2013-09-16

Wiele lat temu Wendy pracowała jako pielęgniarka w klinice aborcyjnej. Teraz chce ci pomóc w znalezieniu przebaczenia, uleczenia, które ona znalazła w Jezusie Chrystusie.

Latem 1973 roku przyjechałam do stanu Washington. Zaledwie miesiąc upłynął po Roe vs Wade, słynnej sprawie w Sądzie Najwyższym USA, na mocy której aborcja stała się legalna w całym kraju. Wtedy miałam 19 lat i byłam w środku sprawy rozwodowej z dwójką małych dzieci. Koniecznie potrzebowałam pracy. Nie pracowałam w żadnym zawodzie, tylko ukończyłam kurs na recepcjonistkę w szpitalu. Chciałam pracować w biurze medycznym. Lekarz, mój przyszły pracodawca, był młodym mężczyzną, tak gdzieś po trzydziestce. Rozmowa kwalifikacyjna przebiegała dobrze, pomyślałam sobie, pomimo że nie miałam żadnego doświadczenia zawodowego. „Jaka jest pani opinia na temat przerywania ciąży?”- spytał mnie doktor, mój potencjalny pracodawca podczas rozmowy kwalifikacyjnej. „Nie wiem, co to takiego jest”- brzmiała moja odpowiedź. „To jest przychodnia rodzinna. A za tym idzie przeprowadzanie aborcji 2 razy w tygodniu…. co pani na to?”. Wtedy lekarz spojrzał na mnie przeszywającym wzrokiem, czekając na moją odpowiedź. Wyglądało to tak, jakby czytał w moich myślach. „Zabijanie dzieci? Nie jestem pewna, czy mogłabym coś takiego wykonywać.”- tak odpowiedziałam bojąc się, że stracę pracę. A dokrot rozpoczął swoje wyjaśnienie: „Oh nie! My nie zajmujemy się czymś takim! Dziecko jest kimś, kto waży 4 kg, ma blond włosy, niebieskie oczy i przytula się do dziadka siedząc mu na kolanach. To czym my tu się zajmujemy jest po prostu „odsłanianiem tkanki”… Dokładnie mówiąc „zarysu tkanki”. Jestem synem ministra, który z wyznania jest babtystą. Gdyby w wykonywaniu tego zabiegu było coś złego, to mnie by tu nie było! Proszę pamiętać…. To wszystko co my tu robimy, robimy dla dobra kobiet.” Wtedy potrzebowałam pracy. Wiedziałam co miałam powiedzieć… i to powiedziałam: „Cóż, lepsze to niż bycie niechcianym i niekochanym dzieckiem takim, jakim ja byłam”. „Jest pani przyjęta”. Byłam bardzo podekscytowana kiedy uświadomiłam sobie, że zarobię swoją pierwszą pensję. Nie wiedziałam wtedy, że praca dla tego lekarza będzie mnie słono kosztować.

Pomimo że moje szkolenie obejmowało prace i umiejętności biurowe, takie jak umawianie ludzi na spotkania, przepisywanie dokumentów, itp. to pracowałam w laboratorium. Trzy dni w tygodniu praktyki rodzinnej było szarą rzeczywistością: mierzenie ciśnienia, pomoc przy badaniach dzieci i porządkowanie gabinetów po wizytach pacjentów. Jednak prawdziwa praca miała miejsce we wtorki i soboty. W te dwa dni przychodnia w której pracowałam przeprowadzała aborcje. Te dwa dni zawsze zaczynały się lekarzem wychodzącym z poczekalni pełnej przerażonych i zdenerwowanych kobiet. On zawsze podrywał recepcjonistkę udzielając swojej „przemowy”, w której chwalił się, że jest synem baptyjskiego ministra.

Moje szkolenie było proste. Naczelna pielęgniarka pokazała mi jak należy sterylizować narzędzia, porządkować i układać tace z narzędziami tak jak sobie lekarz życzy, ustawiać kubły czerwonej cieczy przed włożeniem do komory parowej i napełniać strzykawki, te duże i małe. Jak na razie byłam wstanie to wykonać. Wszystkie czynności wyjaśniono mi pierwszego „dnia przerywania”. Wtedy też poinformowano mnie, że moim obowiązkiem będzie także wypróżnianie zawartości słoi z wielkiej, białej maszyny ssącej, którą wtedy miałam przed oczyma. Patrzyłam na pielęgniarkę, która jałowym bandarzem zawijała słoje przy tym ostrożnie sklejając końcówki. „Nie chcemy już więcej sprawiać przykrości tym kobietom, które już wystarczająco dużo przeszły!”. Następnie usłyszałam niespodziewane ostrzeżenie: „Zapamiętaj: żadna z kobiet, które są w poczekalni nie może znaleźć nawet jednej małej kropelki krwi w ubikacji, w której będziesz opróżniać słoje. Zrozumiałaś?” „Zrozumiałam”- taka była moja odpowiedź.

I zaczęło się. Kobiety były wyznaczone na „zabieg” jak w zegarku. Pięknie to brzmiało. Pięć pokoi było zapełnionych kobietami każdego opisu. Niektóre z nich były biednie i zdesperowane; a większość pacjentek były bogate… i wściekłe. Pierwszą aborcję, która miała miejsce po moim zatrudnieniu, przeprowadzono w pokoju egzaminacyjnym, który znajdował się zaraz obok laboratorium. Kiedy doktor włączył maszynę ssącą usłyszałam przerażające dźwięki… siorbanie, przełykanie… wysoki ton…wyglądało to tak, jakby wąż odkurzacza zadławił się czymś! To było okropne i przerażające, ale najgorsze było przedemną. Wkrótce wózek z wykorzystanymi narzędziami stanął przede mną. „Proszę bardzo!”- warknęła na mnie pielęgniarka. Kiedy nieco uchyliłam zasłonę z wózka, to nie było aż tak źle. Pomyślałam sobie, że nie było na nich zbyt wiele krwi i mogę je wyczyścić i wysterylizować… Ale kiedy zaczęłam odbierać wózek za wózkiem to szybko zrozumiałam, że nie każdy z nich jest taki sam… W efekcie zaczęłam się ksztusić, szczególnie wtedy, gdy musiałam odkręcić wziernik i „zarys tkanki” spadał mi na ręce. W tym miejscu muszę powiedzieć, że nie powiedziano mi czy mogę używać rękawiczek czy nie. To wszystko zaczęło mnie bardzo niepokoić… Musiałam znaleźć sposób, aby wytrzymać tą nieznośną atmosferę. Więc odwracałam tylko głowę i po cichu wmawiałam sobie: „Tylko zmywam naczynia… tylko zmywam naczynia…”

Ale znacznie gorszą częścią mojej pracy było opróżnianie słoi z maszyny ssącej każdego „dnia zabiegów” i to nie tylko raz. „Zarysy tkanek” garściami wpadały do muszli klozetowej chlapiąc dookoła całą ubikację i podłogę. Nie cierpiałam wycierania krwi ze ścian, podłogi, spłuczki i sedesu więc szybko nauczyłam się schylać słój blisko muszli i delikatnie wylewać jego zawartość do ubikacji. Najbardziej denerwującą częścią wykonywania tej czynności było obserwowanie korytarza aby upewnić się, że nie spotkałam żadnej z kobiet wychodzących z gabinetu po zakończeniu „procedury”. Otrzymałam co do tego wiele ostrzeżeń. Oczywistym było to, że ludzie pracujący w tej przychodni nie chcieli aby przychodzące na „zabieg” pacjentki poznały w jaki sposób pozbywamy się „płodów”.

Do moich obowiązków należało także przygotowywanie wózków z mniejszymi i większymi strzykawkami. Te mniejsze napełniałam atropiną; jeśli się nie mylę jest to środek na uśmierzenie bólu szyjki macicy. Zastanawiałam się do czego służyły te znacznie większe strzykawki? Wywarłam małą presję na główną pielęgniarkę w celu wyjaśnienia. „Cóż, my także wykonujemy „solone procedury”, ale ty nie będziesz miała z tym nic do czynienia ponieważ jesteś tu nowa”- brzmiała odpowiedź. Jednakże nadal nie wiedziałał co to takiego były te „solone procedury”. Po pewnym czasie ktoś mi wszystko jasno wyjaśnił. Ten lekarz przeprowadzał także aborcje w późnym okresie ciąży przez usunięcie płynu owodniowego i zastąpienie go roztworem soli fizjologicznej w celu zabicia „płodu”. Po wstrzyknięciu roztworu soli niewielki kawałek czegoś co przypominało wodorosty wkładano do narządów płciowych kobiet aby pomóc w rozwarciu szyjki macicy. Następnie kobiety wysyłano do specjalnej sali pozabiegowej, w której czekały na poród. Kiedy zbliżał czas rowiązania wysyłano je do szpitala, gdzie lekarz odbierał poród martwych „płodów”. Próbowałam wyobrazić sobie te kobiety leżące na 8 łóżkach, po 8 w jednej sali jeśli się nie mylę. Zastanawiałam się o czym one wtedy rozmawiały ze sobą? Wolałam tego nie wiedzieć.

Po kilku miesiącach przeszło mi ksztuszenie się. Stałam się robotem w tym co robiłam… i wmawiałam sobie, że: „Robimy to dla dobra kobiet”. Ale w tym wszystkim był „rytuał” w biurze, który nigdy nie był do pogodzenia z tym, co sobie wmawiałam w myślach. Było to świętowanie „ilości pacjentek” i „ilości pieniędzy”, które miało miejsce pod koniec „dnia zabiegów”. Ile kobiet było? Ile zarobiliśmy? Kiedy wszystkie kobiety były „załatwione i odesłane” wszyscy spotykaliśmy się w biurze recepcji w celu przeprowadzenia dziennego rejestru. Wtedy zawsze stałam z tyłu i z przerażeniem patrzyłam na stosy banknotów… zawsze gotówka… nigdy nie przyjmowaliśmy czeków. Przeciętnie przychodnia przeprowadzała aborcję na 50 kobietach w każdym dniu „zabiegów”. Cena za „usługę” wahała się w jakim tygodniu ciąży były kobiety: pomiędzy 200 a 500 dolarów za jedną aborcję. Jednakże przeciętnie przychodnia za przeprowadzenie aborcji na jednej kobiecie zarabiała 350 dolarów, co dawało 17.500 dolarów na dzień, 35.000 dolarów na tydzień i 150.000 dolarów na miesiąc. Tyle pieniędzy wpadało do kasy przychodni tylko przez przeprowadzanie aborcji, nie wliczając w to pozostałych dni tygodnia… a wtedy był 1973 rok!

Celem tej placówki było zebranie wystarczającej ilości pieniędzy w celu opłacenia budowy nowej kliniki aborcyjnej na pełny etat. Otwarcie tego obiektu było zaplanowane pod koniec 1973 roku… dokładnie na Święta Bożego Narodzenia. Według moich pracodawców największy ruch i popyt na aborcje ma miejsce w okresie świątecznym. Więc dla nich to kończące dzień świętowanie zawsze było wypełnione radosną atmosferą. Zawsze byłam świadkiem, jak menadżerka przychodni, doktor i naczelna pielęgniarka przybijali sobie piątki w biurze. Zauważyłam też że naczelna pielęgniarka i doktor byli bardzo przyjaźnie nastawieni dla siebie. Później dowiedziałam się, że oni byli parą i że powinnam uważać na siebie i nie drażnić pielęgniarki, szczególnie przez flirtowanie z doktorem. „Jesteś bardzo młoda i urocza. Ale dla twojego dobra uważaj!”- ostrzegła mnie menagerka kliniki. Żaden problem. Coś tu było nie tak z tym wszystkim… nie, to wszystko nie było „dla dobra kobiet”.

6 miesięcy upłynęło i wydawać by się mogło, że nie zamieniłabym tej pracy na żadną inną. Tak się nie stało. Jakoś się przyzwyczaiłam do tego, co robiłam. Ale pewnego razu zdarzyło się coś, co kompletnie zmieniło moje nastawienie do tej pracy.

Wstyd mi teraz przyznać się, że zapomniałam imię tej kobiety. Jednakże nigdy nie zapomnę jej twarzy. Była blondynką o niebieskich oczach… i prawdopodobnie przytulała się do dziadka na kolanach. Była przerażona, bardzo przerażona. Okłamała nas mówiąc kiedy miała ostatni okres. Miała „przewróconą macicę”. Doktor nie zauważył, że ona nie była w przeciętnym 8-10 tygodniu tylko w 17 tygodniu (to jest w 5 miesiącu) ciąży. Nie zwracając na to uwagi lekarz postanowił przeprowadzić aborcję za pomocą maszyny ssącej… Niestety „zabieg” zakończył się źle… bardzo źle.

Zawsze pierwszą wskazówką dla mnie było to, że wózki na które czekałam napełniały się w gabinecie zabiegowym. Wtedy jednak żaden pełny wózek, który z reguły zawsze „podjeżdżał jak w zegarku”, nie pojawił się. Słyszałam „ożywione” głosy w poczekalni. Drzwi frontowe do biura otwierały się i zamykały… jak zwykle. Wściekłość „pacjentek” z recepcji dochodziła przez korytarz do mych uszu. Wstałam i uchyliwszy nieco drzwi zaczęłam nasłuchiwać… co się dzieje? Nagle drzwi do pokoju zabiegowego, znajdujące się na końcu korytarza otworzyły się i wybiegła z nich naczelna pielęgniarka. Przebiegła przez korytarz do mnie domagając się abym poszła do gabinetu i „asystowała lekarzowi”. Szybko wstałam i zrobiłam jak mi powiedziano.

Moje narastające samozadowolenie zostało wstrząśnięte w trybie przyśpieszonym przez to, czego byłam świadkiem kiedy weszłam do pomieszczenia zabiegowego. Momentalnie cofnęłam się opierając się o drzwi, które właśnie się zamknęły. Piękny, biały pokój badań był zalany krwią… cały obryzgany krwią. Wyglądało to tak, jakby szalony artysta zanurzył pędzel w galonie szkarłatnej czerwonej farby i na chybił trafił rzucał nim po ścianach od góry do dołu i wzdłuż sufitu… i na tą biedną dziewczynę! „Pacjentka” leżąc na łóżku była cała w szoku i gwałtownie się trzęsła… cała obryzgana własną krwią… i krwią jej nienarodzonego dziecka. Doktor zaś był w swojej zwyczajnej pozycji z kleszczami w obu rękach gławtownie potrząsał nimi próbując wyciągnąć „to” z łona tej dziewczyny.

Przez cały ten czas nie był świadomy mojej obecności. Instynktownie pobiegłam do zlewu i złapałam nieco papierowych ręczników. Schyliłam się blisko ucha tej biednej dziewczyny i zaczęłam szeptać jej ciepłe słowa otuchy. Niestety słowa te zawiodły kiedy próbowałam delikatnie wytrzeć jej twarz całą obryzganą we krwi. „Przykro mi, przykro mi”- to było wszystko co mogłam z siebie wydobyć. Niestety ona nic nie odpowiadała. Wyglądało to tak jakbym próbowała ocalić martwego człowieka patrząc mu głęboko w oczy, a następnie na twarz i wilgotne, zakrawione włosy. Nagle poczułam ból. Drzwi się otworzyły i poczułam zaciśniętą dłoń, która mocno złapała mnie za mój obojczyk, a jej paznokcie wbijały się w moje ciało. „Chodź no tu!”- usłyszałam warknięcie naczelnej pielęgniarki. Wiedziałam, że miałam kłopoty… ale za co?

Dziewczyna doktora, naczelna pielęgniarka, wciągnęła mnie z powrotem do laboratorium zamykając za sobą drzwi. Po czym przesadnie i gwałtownie wybuchła na mnie złością: „Co ty wyprawiasz? Coś ty sobie myślała?! Wysłałam ciebie do asysty doktorowi, a NIE pacjentowi! Czy ty kiedykolwiek usłyszałaś takie słowo: ODPOWIEDZIALNOŚĆ!?... Przykro mi!?... Przykro mi!?... czy to był TWÓJ pomysł aby asystować doktorowi… mówiąc do pacjenta tak, jakbyśmy zrobili coś ZŁEGO!?”

Tak szybko jak się to zaczęło, tak szybko się skończyło. Drzwi się otworzyły i lekarz wszedł gwałtownie do środka. Przez cały ten czas nie był zainterosowany aby przyłączyć się do swojej dziewczyny, która słownie mnie zaatakowała. Doktor otworzył szafkę i wyciągnął z niej biały, niewielki worek na śmieci. Otworzył go jedną reką, a w drugiej trzymał małą „pierwszą wersję” maszynę ssącą firmy Gomco… i bezceremonialnie, bez wahania czy zastrzeżenia opróżnił zawartość słoju maszyny do worka. Kazał swojej dziewczynie aby przygotowała pacjentkę do transportu karetką do szpitala w celu przeprowadzenia natychmiastowej operacji zakończenia „przerwania ciąży”.

W tym czasie doktor chodził w laboratorium tam i z powrotem biorąc niektóre czyste i wysterylizowane przyrządy z jednego z wózków, przez co nie byłam zadowolona. Pomyślałam sobie, że będę musiała ponownie wyczyścić wszystkie narzędzia od początku… po chwili to nie miało dla mnie znaczenia. Moje oczy były skupione na lekarzu… który rozpoczął „sporządzanie inwnetarza części”… częsci ciała… NIE! SZCZĄTKÓW NIEMOWLĘCIA!... Widziałam jedną idealną małą nóżkę…wyrwaną przy biodrze… następnie kolejny kawałek… jedna idealna mała rączka… wyrwana przy ramieniu… i następna… Słów mi brakuje… prawie zemdlałam gdy zobaczyłam następną „szczątkę”! Cały kręgosłup… wszystkie kręgi były nienaruszone wraz z rdzeniem kręgowym. Wyglądało to tak jak zwisające newry z obu stron… żadnej skóry… tylko zakrwawione kawałki wyrwane z pleców tego biednego dziecka! „Dobrze”-powiedział doktor w wielką ulgą. „Mam tu wszystko z wyjątkiem głowy i tułowia”. Moje przerażające niedowierzanie zostało przerwane przez pośpieszne instrukcje od doktora, który szybko zaczął ściągać swój groteskowo splamiony, biały fartuch medyczny. Następnie lekarz stanął przed wiszącym na drzwiach do laboratorium lustrem, a poprawiwszy sobie krawat wybiegł przez tylne drzwi przychodni do swojego samochodu. Zanim wyszedł powiedział mi: „Nie dotykaj tego worka dopóki nie zadzwonię do ciebie ze szpitala i dam ci znak, że wszystko w porządku… zrozumiałaś?”. Wszystko było dla mnie jasne… czekałam na telefon.

Przez następne kilkanaście minut słuchałam jak kobiety, które wtedy były wyznaczone na „zabieg” zostały skierowane na inny termin. Niektóre z nich wychodziły z kliniki ze łzami w oczach… a kilka z nich zrezygnowało z następnego terminu. Czy jakieś dzieci były ocalone tego dnia? Nigdy się tego nie dowiem… wszystko co pamiętam to czekanie. Z niedowierzaniem patrzyłam na naczelną pielęgniarkę i menagerkę przychodni, które wtedy zajadały się Big Mac’ami, frytkami i kolą z McDonalda. Tu muszę dodać, że dla tych osób dwa razy w tygodniu przynosiłam do przychodni jedzenie z McDonalda podczas gdy ci ludzie byli bardzo zajęci „pomagając kobietom”. Ja i pozostały personel nie mieliśmy nawet przerwy obiadowej. Także moim obowiązkiem było przynoszenie dla mnie i pozostałych pracowników jedzenia na wynos ze znajdującego się jakieś dwie przecznice od kliniki fastfooda żebyśmy szybko coś zjedli przed każdą „procedurą”. Wtedy nie byłam wstanie zjeść Big Mac’a. Było mi niedobrze, jakbym miała poranne nudności. Patrząc na te dwie osoby, które pochłaniały jedzenie jakby nic się nie stało było za wiele. Ale nie było czasu aby sobie dogodzić. Nagle telefon zadzwonił. To był doktor, który mi dał znak „OK.” żebym posprzątała i poszła do domu. Powiedział mi jeszcze, że wszystko zakończyło się sukcesem.

Podeszłam do tego metalowego, medycznego wózka z wielką trwogą, pod którą znajdował się worek ze szczątkami zabitego dziecka. Wiedziałam, że to będzie straszne… i nieprzyjemne. Lewą ręką złapałam za zabrudzoną kokardę zasłaniającą narzędzia medyczne i powoli zaczęłam ją podnosić do góry. Przełknęłam ślinę, zamknęłam jedno oko i odwróciłam głowę zanim zerknęłam…bałam się tego. Kiedy podniosłam kotardę aby zajrzeć na wózek… poczułam że coś spadło na moją prawą rękę i to coś przedtem znajdowało się pod kotardą. Krew była na narzędziach. Spojrzałam w dół. Głowa gwałtownie odchyliła mi się w bok gdy zobaczyłam co miałam w ręce… To była malutka stopa wyrwana przy kostce… idealna stópka… z pięcioma miniaturowymi malutkimi paluszkami! Nagle wszystko zaczęło się dziać w zwolnionym tępie… nikogo dookoła mnie nie mogłam usłyszeć… W pewnym momencie do laboratorium weszła ta beszczelna i wyniosła menagerka. Wzięła z mojej ręki tą stópkę, otworzyła szufladę pod ladą i wzięła z niej stalową linijkę. „Łał”- krzyknęła radosnym zachwytem. „To był kolos!” Patrzyłam z niedowierzaniem jak ona umieściła tą malutką stópkę na linijce aby ją zmierzyć! Wszystko co teraz pamiętam, to jej twarz… jej oczy świeciły się jak ogień… Wydaje mi się, że wielkość stopy wynosiła 5 cm. Wiele lat później sprawdziłam tą informację i okazało się, że ta stópka była większa niż malutkie stópki pineski, które noszą działacze na rzecz ruchu obrony życia nienarodzonych dzieci.

Tamtego dnia myślałam, że zwymiotuję nawet nie jedząc obiadu. Po zamknięciu laboratorium wymigałam się od moich obowiązków i powiedziałam, że muszę iść do domu. Widać było po mnie wyraźnie, że źle się czuję. Menagerka kliniki prawie mnie nie zauważyła, jak szłam do domu, a dziewczyna doktora bardziej była pochłonięta spekulacjami na temat tej małej nóżki. Wymknęłam się z przychodni tylnymi drzwiami ciesząc się, że jutro mam dzień wolny od pracy.

Poniedziałek nadszedł bardzo szybko. Na początku tego dnia miałam za zadanie zbadać pięcioletniego chłopca, który właśnie się przeprowadził do stanu Washington i musiał być przebadany u lekarza rodzinnego zanim został przyjęty do szkoły. Musiałam nakłóć jego środkowy palec aby pobrać krew do badań. Kiedy pobrałam tą niewielką próbkę krwi… pokój zaczął wirować mi przed oczyma… Cofnęłam się opierając się o ścianę. Byłam tak zszokowana, jakbym była naocznym świadkiem okropnego morderstwa! Nagle doktor stanął obok mnie. Kiedy zdjął lateksowe rękawiczki z rąk kazał mi udać się do jego biura.

Byłam na to przygotowana. Wiedziałam, na co się zanosi… ale tym razem chciałam sama mu powiedzieć kilka słów od siebie. Weszłam do biura doktora i zajęłam miejsce na krześle. Lekarz zaczął swoją litanię nagan wobec mnie w nawiązaniu do tego, co wydarzyło się w minioną sobotę. Powiedział także, że moje działania były „sprzeczne z etyką zawodową”. Kiedy zaczął już podsumowywać moją pracę to nagle przerwałam mu i wprost mu powiedziałam, że po tym co się stało w sobotę nie jestem w stanie robić to czym się do tej pory zajmowałam w przychodni. Słysząc to doktor był wyraźnie zniesmaczony i zaoferował mi pracę na pół etatu podczas dni „rodzinnych praktyk”… Teraz niewiele pamiętam z tej rozmowy, ale dobrze zapamiętałam to, co na koniec powiedziałam lekarzowi: „Doktorze, powiedział mi pan, że to jest dla dobra kobiet… Powiedział mi pan, że to nie są dzieci tylko „niewyraźne zarysy tkanek” To, co ostatnio wypadło mi z ręki NIE BYŁO zarysem tkanki!”… Tutaj przyspieszyłam nieco, aby skończyć moją myśl zanim o niej zapomniałam: „Nie mogę już dłużej tego robić!” Doktor nie tracił czasu. Nacisnął klawisz interkomu i poinformował menagerkę przychodni, że zrezygnowałam z pracy i ma przygotować dla mnie moją ostatnią wypłatę. Przy tym wcale nie był poruszony moją eufonią. Mówił mi aby się nieco uspokoiła zanim opuszczę jego biuro. To jednak nie miało sensu. Wydaję mi się, że doktor nie chciał, abym robiła mu niepotrzebne sceny zanim wyszłam… Moje ostatnie słowa były dla mnie czymś więcej niż tylko zastanawiającą gapą… „A to, co się stało w tamtym pokoju NIE BYŁO dla dobra tej kobiety!” Wybiegłam z biura doktora wybuchając płaczem i trzaskając dzwiami. Łzy zaczęły mi spływać po policzkach kiedy szłam przez poczekalnię wypełnioną ludźmi. Nie przejmowałam się, że tego dnia nie wzięłam swojej ostatniej wypłaty. Idąc do domu płakałam spazmatycznie przez całą drogę.

Po kilku miesiącach w samym środku mojego osobistego kryzysu wyjechałam ze stanu Washington z moimi dziećmi. Byłam zdesperowana żeby uciec nigdy tam nie wracać! Przeprowadziłam się do centralnej Kalifornii, gdzie przyrzekłam sobie, że tam pozostanę i nigdy nie wrócę do stanu Washington. Jednakże wtedy wpadłam w niebezpieczne postępowanie. Zaczęłam palić marihuanę… odwiedzać bary… sprowadzać do domu każdego mężczyznę, który chciałby mnie mieć… nieważnym było dla mnie czy to był żonaty mężczyzna czy nie.

Wkrótce zaczęłam mieć nocne koszmary, w których byłam na dnie wielkiej, bałej muszli klozetowej… Nagle zaczęły wylewać się na moją głowę i twarz ogromne ilości zakrwawionych szczątków nienarodzonych dzieci i wiadra krwi sprawiając, że zaczynałam gwałtownie oddychać. „Dosyć! Dosyć! DOSYĆ!!!”- krzyczałam… „Niech ktoś to przestanie!!!”… a wtedy budziłam się cała przestraszona, spocona… i zaczynałam szlochać… Te koszmary powtarzały się co noc przez wiele lat.

Mieszkając w Kalifornii poznałam mężczyznę, z którym się zaręczyłam. Myślałam, że wreszcie znalazłam kogoś, kto „mnie kocha”… i chciał zaopiekować się moimi dziećmi… pomimo tego dobrze wiedziałam, że one go wogóle nie obchodziły. Pewnego razu zaprosił mnie do swojego pięknego domu, który znajdował się na wsi. Wtedy oznajmiłam mu, że jestem z nim w ciąży… a on bez mrógnięcia okiem powiedział: „Wystaw dłoń”. Sięgnął po portfel, który znajdował się w tylnej kieszeni jego spodni; wyraźnie przy tym był zdenerwowany. Wyliczył 178 dolarów i jasno powiedział mi: „Nie pokazuj mi się więcej na oczy dopóki to nie będzie załatwione! Idź do kliniki dla kobiet, która znajduje się na zachodniej stronie miasta i pozbądź się tego!”… Śmiesznym jest to, że on doskonale wiedział gdzie mnie wysłać i ile kosztował „zabieg”! Pomyślałam sobie, że gdyby nie on to niedostałabym się tam szybciej. Wtedy też byłam w skórze tych kobiet, które przedemną poddały się aborcji w klinice w stanie Washington.

Kobieta w recepcji w klinice aborcyjnej była dla mnie miła. Miała ten „słodki”- za słodki- wyraz twarzy, jaki widziałam u recepcjonistki w przychodni w stanie Washington. Natychmiast wyznaczono mnie na aborcję. Tutaj była niewielka różnica w porównaniu z przychodnią w stanie Washington. Zaproponowali mi sterylizację. Ale naszczęście nic z tego nie wyszło, gdyż minimalny wiek do tego „zabiegu” to 25 lat, a ja wtedy miałam 23. Wtedy też wiedziałam, co zamierzam zrobić i co to będzie oznaczało. Wiedziałam, że to co robię jest złe, ale niemogłam skończyć z posiadaniem trójki dzieci, z których każde ma innego ojca! Zgodziłam się na aborcję. Potem otrzymałam telefon... wszystko było już wyznaczone… przeprowadzą aborcję… w „szpitalu dla kobiet” w Oakland.

Moja siostra, która miała wtedy 25 lat, była samotna i nie mogła mieć dzieci, zaproponowała mi w ostatniej chwili, że ona sama zaopiekuje się tym dzieckiem. Wtedy tak sobie myślałam: „Co?! To byłoby głupie! Cały czas widzieć dziecko, które kiedyś porzuciłam? A co jeśli ja chciałabym je odzyskać a ona nie oddałaby mi go?” Nie!

Poszłam do kliniki na aborcję i przeszłam przez nią jak zombi. Powiedziano mi, że postąpiłam właściwie, że będę „nieprzytomna”, że nic nie poczuję i po wszystkim nie będzie żandego urazu emocjonalnego ponieważ będę nieprzytomna. Co za głupie kłamstwa! Po wszystkim obudziłam się w klinice patrząc na przystojnego doktora, który powiedział mi, że wszystko skończyło się dobrze… za wyjątkiem jednej drobnej komplikacji… „Pani była w bardziej zaawansowanej ciąży niż my przypuszczaliśmy… Pani nie była w 8 tygodniu… Pani była w ponad 10 tygodniu ciąży… prawdopodobnie w 13”. Nagle przypomniałam sobie tę biedną dziewczynę z przychodni w stanie Washington… a toaletowy koszmar nadal mi się śnił. Po wszystkim przyjechałam do domu mojego narzeczonego aby powiedzieć mu, że spełniłam jego żądania. Podczas spotkania powiedziałam mu, że możemy już planować nasz ślub. Wtedy on nie tracił czasu dając mi jasno do zrozumienia jak sprawy wyglądały: „Czy ty naprawdę myślisz, że ożeniłbym się z kobietą, która zamordowałaby własne dziecko?” Nasz związek był skończony.

Rok później nie mogłam już tego wszystkiego znieść. Będąc sama w domu upadałam na podłogę twarzą do ziemi i krzyczałam do Boga o pomoc! Myślałam, że dorastałam w normalnej chrześcijańskiej rodzinie. Przyjęłam Jezusa do mojego serca w wieku dziesięciu lat: 5 listopada 1963. Ale w wieku 18 lat… na 2 lata przed tą słynną sprawą w sądzie najwyszym Roe v Wade, powiedziano mi, że mój ojciec nie był moim biologicznym ojcem. Wtedy mój przybrany ojciec odszedł z domu i nigdy do nas nie wrócił. To była moja wina. Tak wiele rodzinny sekretów… ale ja też miałam własne sekrety… leżąc wtedy na tej podłoce rozprówałam się emocjonalnie. Zrozumiałam, że moim biologicznym ojcem był pastor mojej matki… a to co on zrobił to ja starałam się zatrzeć… on i moja matka próbowali zrobić mi coś okropnego kiedy miałam trzy latka… ale to miało miejsce po innym, wcześniejszym incydencie. Kiedy miałam 9 miesięcy moja matka zostawiła mnie w samochodzie w środku upalnego dnia. Temperatura na zewnątrz była około 40°C, a w samochodzie wszystkie okna zamknięte. Zostawiła mnie w środku i poszła na zakupy. Naszczęcie pewien przechodzeń uratował mi życie. Moja matka nie została pociągnięta do odpowiedzialności karnej ponieważ drzwi nie były zamknięte na klucz. Potem mając 9 lat zostałam zgwałcona w środku nocy podczas gdy moja matka odwiedzała mojego biologicznego ojca, który wtedy mieszkał w innym mieście. Gwałciciel przyłożył poduszkę do moich ust tak, że prawie mnie udusił… Później w wieku 14 lat zgwałcił mnie mój pierwszy chłopak… Chciałam umrzeć! Tak wrzeszczałam do Boga o pomoc, że odchodziłam od zmysłów! Musiało upłynąć 30 lat aby doszło to do mnie… że wtedy samą siebie spłukiwałam w tej toalecie!

W pierwszą niedzielę po tej „rozmowie na dywaniku” z Panem Bogiem zaczęłam chodzić do zboru na nabożeństwa… nie upłynęło wiele czasu zanim udałam się na pierwsze „Niedzielne nabożeństwo zwolenników obrony życia nienarodzonych dzieci”. Siedziałam z przerażającym niedowierzaniem słuchając kazania pastora na temat co Biblia mówi o życiu… i kiedy się zaczyna! Nie mogłam już tego znieść. Wybuchłam płaczem i wybiegłam ze zboru do kobiecej ubikacji, która znajdowała się na końcu korytarza od pokoju gdzie odbywało się nabożeństwo. Tylko zamykające się drzwi znajdowały się między mną a skupionymi ludźmi. Ześlizgnęłam się po ścianie i upadłam na podłogę szlochając tak mocno, że mój głos rozbrzmiewał po wybielonych ścianach… Nagle poczułam jak jakaś ręka zaczęła mnie obejmować. Żona pastora wślizgnęła się do środka i usiadłwszy na podłodze zaczęła mnie pocieszać! Szłochałam i lamentowałam coraz mocniej doświadczając takiego miłosierdzia… „Nie wiedziałam!... Nie wiedziałam!... Nie wiedziałam!”… powtarzałam to. Wtedy nagle te słowa doszły do moich uszu… a następnie do mojego serca… „Nie… Nie wiedziałam… że tak naprawdę słupikawałam w ubikacji zabite dzieci przez 6 miesięcy” (spłukałam ich około 1200)… „ale WIEDZIAŁAM… WIEDZIAŁAM, że moje dziecko nie było „niewyraźnym zarysem tkanki” i że ono nie było w ponad 10 tygodniu ciąży!”… Zaczęłam histeryzować… Nagle kolejna kobieta weszła do tej łazienki, schyliła się i udzieliła mi nagany, aby się uspokoiła, gdyż przez moje szlochanie i płacz zakłócałam nabożeństwo. Myślałam wtedy, że żona pastora wstanie i powali na ziemię tę kobietę. „ Jenny!... To dlatego my tutaj jesteśmy… WYJDŹ!” Siedziałam na podłodze i ksztusiłam się od szlkochania. Zrobiło mi się niedobrze. Na rękąch i kolanach docząłgałam się do ubikacji…schyliłam głowę na ładną, białą muszlę klozetową… i wymiotowałam bardziej bólem niż czym kolwiek…błagając Boga o przebaczenie tych wszystkich moich wycieczek do ubikacji, podczas których spłókiwałam zabite dzieci. Wyszłam z toalety kiedy nabożeństwo się skończyło… byłam wtedy bardzo zdeterminowana aby zrekompensować Bogu to co zrobiłam.

Przyłączyłam się do działającej w zborze grupy obrony życia nienarodzonych dzieci. Asystent pastora, który ją prowadził był pełen odrazy wobec mnie, mojego świadectwa… i mojej obecności. Z tego powodu przestałam uczęszczać na spotkania tej grupy. Ale przyjęłam zaproszenia do szkół, w których opowiadałam wszystkim moje świadectwo. Chciałam uchronić młode dziewczyny nie tylko przed poddaniem się aborcji ale także przez zajściem w nieplanowaną ciążę... Wszystko było dobrze przez kilka miesięcy… aż pewnego dnia kiedy wróciłam do domu po moim spotkaniu w szkole zaczęłam nagle żałośnie lamentować tak samo, jak wtedy w łazience w zborze. Nie mogłam już znieść tego cierpienia. Powracające wspomnienia oznaczały także powrót okropnego poczucia winy! Z pewnością zrobiłam wystarczająco dużo żeby się poprawić… Odrzuciłam to wszystko i odeszłam z grupy na rzecz obrony życia nienarodzonych dzieci. Wtedy była połowa lat 80’ tych.

W 2000 roku znalazłam się w Colorado Springs, w stanie Colorado. Tam opowiedziałam moją historię pewnej kobiecie, z którą się zaprzyjaźniłam. Oczywiście mówiłam wtedy tylko tą bezpieczną część mojego świadectwa. Ona zasugerowała mi abym skontaktowała się z Centrum Pomocy dla Kobiet w Ciąży (Pregnancy Life Center) w Kolorado Springs i tam przeszła szkolenie na wolontariusza. Uważała, że to pomoże mi rozładować poczucie winy. Tak też zrobiłam. Skontaktowałam się z tym centrum i powiedziano mi, że będę musiała przejść przez 24 tygodniowy kurs: „Wybaczenie i uwolnienie”, który był warunkiem aby być wolontariuszem dla tej placówki. Byłam gotowa podjąć go, ale jednocześnie bardzo się bałam ponownego otwierania zaklepionych ran.

Te zajęcia były czystą radością i zadowoleniem dla mnie. Byłam wstanie przejść przez proces leczenia podczas tego studium i co tydzień widziałam efekty. Zrozumiałam, że nie musiałam „zrekompensować szkód” Bogu; Jezus zrobił to za mnie! Także szukałam możliwości uzyskania pociechy z pozostałymi 8 kobietami, które także uczestniczyły w tych zajęciach. Jedna z nich powiedziała mi: „Jeśli Bóg tobie przebaczył, to On z pewnością mi przebaczy.” Więc tak to wyglądało… Przyszedł ostatni tydzień kursu i byłam bardzo podekscytowana. Wcześniej przewodnicząca naszej grupy modliła się za nas podczas kursu o to, aby Bóg wyjawił każdej z nas płeć zabitego dziecka w wyniku aborcji, dzięki czemu mogłyśmy nadać naszym zabitym dzieciom imiona. Powiedziała nam, że prowadzi te kursy od lat i nigdy nie zdarzyło się, aby jednej kobiecie Bóg nie wyjawił płci zabitego przez nią dziecka. I rzeczywiście wydarzył się cud. Moim zabitym dzieckiem była dziewczynka. Nazwałam ją Rachel Rose. Przewodnicząca powiedziała nam, że będziemy mieli upamiętniające nabożeństwo 24 dnia miesiąca i podczas ostatniego tygodnia naszego wspólnego spotkania. Nie mogłam się doczekać.

Podczas naszego studium każda z nas zrobiła pamiątkową ulotkę z wyciętych obrazków, słów i zwrotów z magazynów… co kolowiek mogliśmy znaleźć żeby zrobić kolaża z naszych świadectw. Szczególnie na jednej z ulotek ten jeden zwrot utwił mi w pamięci: „Dosyć tego szaleństwa!” Umieściłam to zdanie tuż nad wielkim zdjęciem modnej, porcelanowej muszli klozetowej. Swoją ulotkę chciałam oprawić w ramkę, a nie włożyć do segregatora i położyć na półce.

Wreszcie nadszedł ten wielki dzień- nabożeństwo upamiętniające. Każda z nas miała na nie przynieść świece, podzielić się czymś przez kilka chwil dedykacji i pamięci, a także powiedzieć imiona zabitych dzieci… lub przynajmniej imiona dla swoich dzieci.

Uwielbiam pisać poezję i napisałam jeden wierszyk dla mojego nienarodzonego dziecka. Spytałam przewodniczącą kursu czy mogłabym napisać inny wiersz dla wszystkich zabitych dzieci, które spłukałam w ubikacji a potem przeczytać go wszystkim aby podzielić się tym okropnym doświadczeniem. Pomyślałam sobie, że to pomogłoby tym kobietom. Przez to one zobaczyłyby, że ktoś kto kiedyś uczestniczył w zabijaniu dzieci nienarodzonych teraz tego żałuje. Otrzymałam pozwolenie na to. W odrębie miejsca gdzie przebywaliśmy znajdował się kościół, którego duszpasterze użyczyli nam kaplicy, w której mogliśmy odprawić nabożeństwo upamiętniające zabite przez nas dzieci nienarodzone. Kaplica była piękna i ciepła… Duch Boży wypełniał całe pomieszczenie tego dnia. Razem śpiewaliśmy: „Amazing Grace”. Potem przewodnicząca grupy wygłosiła kilka słów do nas, a następnie każda z nas po kolei wchodziła na mównicę, na której dzieliliśmy się naszymi przemyśleniami. Poczym każda z nas zapalała świecę i mówiła imię zabitego dziecka. Zawsze między nami był moment ciszy. Poproszono mnie abym na koniec podzieliła się moim świadectwem, przeczytała wierszyk nie tylko dla mojego zabitego dziecka, ale i dla każdego z tych dzieci, które spłukałam w ubikacji wiele lat temu.

Wreszcie nadeszła moja kolej. Weszłam na przód. Nie przyniosłam tylko jednej świeczki dla mojego dziecka. Na stole postawiłam jedną świeczkę, a potem dużą świecę z wieloma knotami… następnie małą skarbonkę, którą znalazłam gdy kupiłam świece. Następnie położyłam na stole upamiętniającym mały, srebrny, błyszczący kubełek na śmieci… w którym odbijało się światło świecy… Zakupiłam także paczkę samoprzylepnych liter alfabetu. Przykleiłam z nich dwa słowa na przykrywce kubła jak również z boku. Te słowa to: „DOSYĆ! 1201”. Przeczytałam mój wierszyk kończąc go modlitwą za te kobiety… Po chwili każda z nich po kolei podchodziła do mnie, dziękowały mi jednocześnie przytulając mnie i płacząc na ramieniu. Nie mogłam w to uwierzyć, że one mi dziękowały. To było cudowne! Byłam jedną z tych kobiet, które pozostały jeszcze w kaplicy potym jak mieliśmy niewielki poczęstunek. Usiadłam w pierwszej ławce w kaplicy … patrząc na ostatnie 2 świece, które paiły się na stole… obie należały do mnie… Powiedziałam sobie: „Boże, wiem że mi przebaczyłeś… chcę poczuć, że jestem wolna… Jak zapomnę to, co zrobiłam?” Natychmiast Bóg odpowiedział na moje błaganie.

Nagle w mojej wyobraźni pojawił się wers tego wiersza, który przeczytałam dla tych dzieci spłukanych w ubikacji … i w mojej wyobraźni zobaczyłam wielki krzyż, na którym wisiał nasz Zbawiciel: Jezus Chrystus. Krew spływała z przebitej stopy naszego Pana po krzyżu do ziemi, na której było mnóstwo krwi. Ale krew naszego Zbawiciela zaczęła się przelewać i zakrywać tą krew na ziemi… I wtedy usłyszałam to…: „Pamiętaj od tego dnia… nigdy tego nie zapomnij… że ich krew jest pod moją”.

Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie…” (Iz 49. 15-16).

Wendy

Tłumaczenie z j.ang. na j.pol moje: mgr Marcin Rak

Źródło: http://www.silentnomoreawareness.org/testimonies/testimony.aspx?ID=1558

zobacz powiązane artykuły

Komentarze (2)

Portal zywawiara.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy i wypowiedzi zamieszczanych przez internautów. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną.

~

25.03.2014, godz.15:28

Wstrząsające świadectwo. Chyba zacznę je zostawiać pod każdym wątkiem o aborcji na forach. Bóg jeden wie - może w ten sposób uratuję kiedyś życie jakiemuś dziecku.

~Irek

17.09.2013, godz.17:23

Poruszające świadectwo,gorąco polecam! Jezu bądź uwielbiony w każdej osobie czytającej to świadectwo.

Powiązane artykuły

Skrzywdziłam siebie i innych

Skrzywdziłam siebie i innych

autor: Patricia

Nazywam się Patricia Sanivole. Pochodzę z Bay Area. Bóg był bardzo miłosierny wobec mnie, ponieważ skrzywdziłam nie tylko wiele kobiet i mężczyzn, ale także samą siebie. Teraz podzielę się z wami...

dodano: 2018-06-05 MRak
Komentarzy (0)