żywa Wiara

Świadectwa wiaryZOBACZ WSZYSTKIE

Jak Bóg znalazł mnie

użytkownik: Admin z dnia: 2016-07-04

Miałem 28 lat i moja wiara ograniczała się do co niedzielnych wizyt w kościele i klepania pacierzy, tak, by już to mieć za sobą. Pewnego dnia wydarzyło się jednak coś, co zmusiło mnie do innego spojrzenia na wiarę, coś co spowodowało, że musiałem poukładać swoje życie na nowo. To był grudniowy, bardzo zimny poranek. Od kilku dni pracowałem w nowej firmie. Od początku grudnia jeździłem po Polsce, wdrażając się do nowej pracy i miałem tego naprawdę dość. 22 grudnia miałem zostać z ośmiomiesięcznym synkiem w domu i odpocząć do samego Bożego Narodzenia. Stało się jednak inaczej. Moja żona Ewa chciała w ostatnim dniu przed świętami popisać się w pracy swoim domowym wypiekiem. Była też dodatkowa okazja, bo 24 grudnia obchodziła swoje imieniny. Do Jasia przyszła więc rano niania, a my pojechaliśmy do pracy. Dziś pamiętam tylko ten okropny ziąb, który przeszywał ubranie, jak gdyby cofał nas do domu. Niestety nie potrafiłem odczytać wszystkich znaków i wyjechaliśmy. Kilka kilometrów za miejscowością, w której mieszkaliśmy, uderzyłem w drzewo. Moja żona zginęła na miejscu. Wciąż pamiętam jej ostatnie tchnienie, kiedy na chwilę odzyskałem przytomność. Pamiętam przerażenie i próbę krzyku, by ją ratowano, ale im bardziej otwierałem usta, tym miałem mniej siły i w końcu straciłem przytomność. Kiedy się ocknąłem w karetce, nikt nie chciał ze mną rozmawiać na temat mojej żony, każdy mówił że będzie dobrze. Dopiero po kilku godzinach, kiedy byłem już na środkach uspakajających, powiedziano mi co się stało. Nagle moje życie legło w gruzach, nie chciałem żyć. Błagałem Boga, by odebrał mi życie, bo sam byłem zbyt wielkim tchórzem, by to zrobić. Moje serce krwawiło, ciało sprawiało ból i czułem, że straciłem duszę. Wszyscy dookoła mówili o przeznaczeniu, o tym że tak musiało się stać. A ja wiedziałem jedno: to nie przeznaczenie, to ja to zrobiłem, to ja jestem winny, to mnie powinien spotkać ten los, nie tą, którą tak bardzo kochałem. Znalazły się tylko dwie osoby, które potrafiły mi powiedzieć w twarz, że to ja jestem winny. Jestem im za to wdzięczny i będę do końca życia. Jedną osobą był mój serdeczny przyjaciel, a drugą ksiądz. To oni uświadomili mi prawdę, o której zawsze wiedziałem, ale której nie potrafiłem zaakceptować i przyjąć. Oni posiadali coś, czego ja nie rozumiałem do tej pory, posiadali wiarę. Tak, miałem wyrzuty do Boga. Tak, chciałem się od niego odwrócić, tylko że przyjaciele uświadomili mi, że przecież ja go jeszcze nawet nie poznałem. Wtedy po raz pierwszy poczułem, że naprawdę z nim rozmawiam. Zwróciłem się do niego jak do żywej osoby, nie jak do figurki, którą uważałem do tej pory za Boga. Codziennie mówiłem Mu jak się czuję, codziennie prosiłem Go, by mi pomógł. Dopiero po pewnym czasie zacząłem zauważać, że On naprawdę jest przy mnie, słucha mnie, choć nie rozwiązuje moich problemów moimi sposobami, nie daje mi tego czego oczekuję, ale daje mi więcej, bo daje mi to czego naprawdę mi trzeba. Ufam Mu bezgranicznie! Uważam że jestem ślepcem na drodze pełnej kamieni, ale trzymam za rękę swojego Ojca, a dopóki tak jest, On nie pozwoli na to, bym się potykał. Nawet jeśli ześle cierpienie, wiem, że to cierpienie nie jest daremne, wiem, że po jakimś czasie będę wdzięczny Mu za to, że to tą drogą mnie poprowadził. Od ponad dwóch tysięcy lat mamy tę prawdę przed oczyma i nadal nie potrafimy z niej korzystać. Twierdzę, że jestem ślepcem na swojej drodze, lecz współczuję ludziom, którzy nie potrafią odkryć tej prawdy, dlatego że są bardziej ślepi ode mnie. Mam nadzieję, że choć jedna osoba zastanowi się nad tym, co tutaj opisałem. Jeśli tak będzie to wiem, że moje cierpienie nie poszło na marne i wypełniłem swoją misję, którą On przygotował dla mnie. Anomim

Komentarze (30)

Portal zywawiara.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy i wypowiedzi zamieszczanych przez internautów. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną.

~agata

13.05.2017, godz.23:03

ja dziekuje sw ekspedytowi sw ricie i wszystkim swietym o raz duszom w czyscu za modlitwe i wstawiennictwo bo moja niemozliwa prosbz zostala wysluchana. Dziekuje Matuchnie Najswietszej za jej ciagla opieke

~Podaj imię lub nazwisko (nick)

27.04.2017, godz.00:13

Jesteś najwspanialszy. Pamiętaj o tym. Pozdrawiam gorąco i do najszybszego zobaczenia! Zaproś mnie proszę... Będziemy razem podróżować i robić co tylko zajrzymy...Daj mi znak...Pozdrawiam najgoręcej. Buziaki! Pa!😊

~Asia

27.04.2017, godz.00:10

Tak

~Anonim

27.01.2017, godz.17:25

Chciałabym się podzielić darem uzdrowienia, jaki otrzymałam. Jestem młodą osobą. Mam 25 lat. Często miewałam problemy z bólem, jak twierdziłam żołądka. Lekarze odsyłali mnie twierdząc, że to zapalenie, albo coś innego. Wyszłam za mąż i doczekałam się upragnionej ciąży. W 8 i 9 miesiącu pojawiły się bóle, klęczałam i płakałam z bólu, przechodziło po ok. godzinie. Chodziłam na wizyty do ginekologa wszystko było dobrze. Tłumaczyli mi, że dzidziuś uciska na narządy i to przez to. W końcu córeczka przyszła na świat. Kiedy wypisano mnie do domu, po niecałym tygodniu znów pojawił się ból, po chwili minął. Już wiedziałam, że jedno jest pewne, to nie dziecko uciska na narządy. Po kilku dniach atak nie do wytrzymania, nie mogłam złapać oddechu, wymioty, ból kości, przyjechało pogotowie. Odesłano mnie na ginekologie, wszystko dobrze usłyszałam, dostałam lek przeciwbólowy w kroplówce i odesłano mnie do domu z takim samym bólem. Dwa dni nie mogłam wstać z łóżka, iść do łazienki, jeść. Leżałam i modliłam się by ból ustał. Po 48h przeszło. Dostałam się prywatnie do lekarza. Już przez telefon postawił diagnozę Woreczek żółciowy. Badanie tylko potwierdziło przypuszczenia. Woreczek, trzeba zoperować i już- pomyślałam. Niestety lekarz nie mnie nie pocieszył, powiedział, że muszę wytrzymać minimum 8 miesięcy, bo nikt nie podejmie się operacji zaraz po porodzie, zbyt ryzykowne. Chyba, że ataki nie ustąpią i będzie zagrożenie pęknięcia, to wtedy podejmą się zabiegu, bo nie będzie wyjścia. Wróciłam do domu zapłakana, miałam upragnioną córkę, a nie mogłam się cieszyć, nie mogłam się nią zająć przez ataki. Każdy nowy dzień w stresie i modlitwie z prośbą, aby ataku nie było. Dwa dni po diagnozie kolejny , telefon do lekarza i tylko słowa musimy czekać... musi Pani wytrzymać...operacja zbyt ryzykowna... morze łez wylanych po kątach, ale ciągle się modliłam i wierzyłam. Pewnego dnia usłyszałam, jak ksiądz mówi, że będziemy mieć u nas w Kościółku na wsi msze o uzdrowienie. Poczułam ogromną chęć pójścia na nią. Zostawiłam córeczkę u brata na cztery godziny, rodzina pytała czy nie mam wyrzutów, takie małe dziecko. Nie miałam wyrzutów, bo wierzyłam, że tylko tu mogę doznać cudu, a jak wyzdrowieję, to zrobię, to też dla mojej małej córci. Po mszy bóle ustały, ale wiedziałam, że trzeba po 8 miesiącach iść na operację. Po około trzech miesiącach zaczął mnie boleć lekko brzuch, dzwoniłam do lekarza, był na urlopie. W tym samym czasie miałam wizytę kontrolną u ginekologa, poprosiłam, żeby najechał USG na woreczek, usłyszałam, że nie widzi nic, ale może się mylić, trzeba być na czczo. W końcu dostałam się do swojego lekarza chirurga, powiedziałam mu o wszystkim. Usłyszałam- proszę sobie nie robić nadziei, było 3/4 woreczka kamieni, nie ma szans. Badanie i usłyszałam- to cud nie ma kamieni, nie wiem jak to się stało. Ale ja wiedziałam, wiedziałam, że to Pan mi pomógł na Mszy o Uzdrowienie. Dlatego kochani wierzcie, módlcie się i polecam każdemu kto może niech skorzysta z daru takiej mszy. Pan Bóg mówił, że uzdrowi każdego na tyle, na ile wierzy. Ja wierzyłam mocno i dostałam ten dar. Wy też wierzcie. Anonim

~Wierząca

11.01.2017, godz.20:45

Odczuwam niezwykłą potrzebę aby podzielić się ze wszystkimi, którzy czują strach, rozpacz, brak rozwiązania problemu. Którzy zapetlili się w problemach i nie mają wsparcia. Boją się życia, przyszłości. Nie mogą spać i cały czas tylko myślą o problemie. Rok 2016 był dla mnie dramatyczny. W wielu filmach nie znajdziecie takich sytuacji jakie na mnie spadły. Nie wiem kiedy to się zaczęło Ale kredyty zawsze były obok mnie.tylko kiedy miałam kilka tysięcy na koncie byłam szczęśliwa. O tak 1, 2, 5 kredyt, chwilowka, limit, karta kredytowa. Później lawirowanie ile jeszcze dobrać i co spłacić. Wiele lat pracowałam w banku i dopadło mnie powiedzwnue"szewc bez butów chodz". Między czasie przestałam się modlić i chodzić do kościoła. Wieczne kłótnie z mężem, niespełnione oczekiwania, krzyki, wyzwiska, płacz i ta bezradność i wyrzuty sumienia. Zblizylam się emocjonalnie do wspólnego kolego bo on mnie słuchał o mnie dbał pomagał mi. On a nie mój mąż.zaczelam sobie wmawiać jakieś uczucie do niego, ekscytacjie, podniecenię, świeżość po 13 latach z 1 i pierwszym dacetem-mężem. Brak doświadczeń w sferze intymnej i ciekawość Pchala mnie w ramiona kolego nie myśląc racjonalnie o dziecku o rodzinę o życiu. Zaczęłam pić. Niby 1 kieliszek wieczorem dobrego wina. Z czasem butelkę dwie na dobry sen. Później narkotyki dla relaksu. Zero wiary modlitwy. Skorupa mnie zamykał a wychodziło ze mnie to co najgorsze. Pycha chciwość zazdrość nienawiść możliwość porządnie. Aż wkoncu mąż dowiedział się ode mnie ze calowalam się z tym człowiekiem. Wyzwiska, straszenia rozwodem, zdradą z jego strony.dotego cały czas te problemy z kasą. Brak pomocy. I wkoncu ukradlam pieniądze. Myślałam że te dwie starsze osoby moi klienci co mu ufali nie zauważa. Oni nie Ale audyt tak. Wstyd rozpacz długi kolejne. Nie mogłam na siebie patrzeć. Po wielu tygodniach ciężkiej choroby zmarła moja babcia. Wtedy pierwszy raz od wielu tyg byłam na mszy. I coś mnie popchnelo do spowiedzi nie wiem co Ale to było takie namacalne jak magnes. Tak płakałam podpowiadając się ze nagle poczułam spokój.wszystko stało się jakieś wyraznuejsze wokół mnie i ta radość w sercu. Czary. Ale problemy z kasą nadal zostały. Wkoncu zaczęłam codziennie na 10 15 min zachodzić do kościoła i modlilam się o nowa pracę za granicą za dobre pieniądze dla męża. Do św Rity przez łzy się modlilam. Po kilku dniach oferta pracy przyszła do męża sama. Nawet nie myśląc o takich pieniądzach bo aż 10 razy większych. Teraz czekamy na wyjazd jego i modlę się nadal dziękując za ten cud. Bóg jest potężny jego święci też. Dla nich nie ma rzeczy niemożliwych. To my nie mamy na ziemi ludzkich rozwiązań Ale on zawsze nam pomogą. Módlcie się wszyscy, a łaska i wolą Boga przyjdzie napewno. Nie zawsze taka jaką my byśmy chcieli Ale zawsze dobra bo od stwórcy. Alleluja Chwała Panu. Chwała Św Rice.

~R

30.11.2016, godz.13:07

Chwała Panu

~Gf

13.10.2016, godz.00:20

Sw rita mi pomoglA

~Ryk

28.09.2016, godz.15:53

Sw Rita pomogla mi wtedy w pewnej sprawie i również dzisiaj w wsydliwej sprawie zwiazana z potrzebą fizjoligiczną.

~alien

28.08.2016, godz.09:49

Długo z tym czekałam, ale obiecałam Bogu że podzielę się tym z innymi, jesli mnie wysłucha. Nie chcę dokładnie opisywać co się stało, ale wierzcie, sprawa o którą się modlilam byla z góry przegrana. Była beznadziejna. I Bóg mnie usłuchał. Nie poddawajcie się, módlcie się nawet wtedy kiedy wam się wydaje że to już nie ma sensu.

~Słońce44

23.08.2016, godz.14:54

Św .Rita pomogła mi pewnego razu w intencji ,ktorej już nie pamiętam czy chodziło o coś z wyborem pójścia do komunii czy z odwagą powiedzenia mamie co Bogu obiecałam.Także wczoraj mogłam zobaczyć jej pomoc,gdy wyszłam z autobusu musiałam mocno siku , myślałam,że nie wytrzymam,ale po krótkiej modlitwie szybko poczułam ulgę. BÓG zapłać :)

~Podaj imię lub nazwisko (nick)

22.08.2016, godz.14:35

Wyrazy wspolczucia i podziwu dla Pana i zycze Panu duzo sil i wytrwalosci a Bog niech ma Pana i syna w opiece .Tego zycze z calego serca

~Donia

07.08.2016, godz.16:43

Chce się z wami podzielić swiadwctwem za wstawiennictwem św.Rity. Pomogła mi wiele razy: sprawila,ze moj brat powrocil do domu cały i zdrowy po kłotni z dziewczyną i się z nią może już pogodził. Miała w opiece takze św.Roch i Maryja mój rower,który nie był przywiązany na kłótke ,gdy ja byłam w kościele.Wtedy pomogla też mi w tym,że sie nie posikałam ;) Podjela za mnie decyzje w pojsciu do komuni św. gdy nie wiedziałam czy iść.

~Ankaaaa

01.07.2016, godz.09:16

Módlcie się do Pana Boga i przestrzegajcie Jego przykazań,bo Bóg nas kocha i chce naszego szcęścia. :)

~asia

27.04.2016, godz.12:39

piekne śwaiectwo mnie z depresji uratowała nowenna Pompejańska !!!

~ania

06.10.2015, godz.16:11

przepiekne swiadectwo.

~Katew2

23.03.2015, godz.11:35

zostawiam swój namiar Katew2@o2.pl jeśli Ktoś mógł mi coś doradzić to proszę :)

~Katew2

23.03.2015, godz.11:33

daje do myślenia Swiadectwo i chwyta za serce. To prawda Bóg istnieja .Sama też znajduje się teraz w trudnej sytuacji raczej decyzji , nie weim co robic, Modle się do Boga , ale teżmam problem z odczytywaniem Jego znaków. Pare lat temu pare też sobie o tak żyłam, obecnie jestem w wspólnocie i wiem że Bóg mi ją dał , tylko nie wiem jeszcze jaki ma plan na me życie , nie wiem czy mam być Sama , czy Małżeństwo , obecnie mam Sympatię i nie wiem co robić .... może ktoś poradzi mi coś ?

~Bogusia

05.03.2015, godz.18:35

Wieczny pokoj dla s.p.Ewy,a dla zyjacych pokoj serca w Panu.

~Nowa18

07.11.2014, godz.13:39

Piękne świadectwo wiary. Wieczny odpoczynek dla Ś.P Ewy [*].

~maria

04.07.2014, godz.16:47

Bóg jest blisko każdego z nas, a wtedy kiedy cierpimy najbardziej jeśli trzeba sam nas niesie przez to doświadczenie. On już odkupił każdy nasz grzech 2000 lat temu. Ufaj Mu, On kocha nas do szaleństwa. Polecam książkę Bila Hybelsa "Zbyt zajęci by się nie modlić" o niesamowitej relacji z Bogiem opartej na osobistym doświadczaniu każdego dnia Jego bezwarunkowej Miłości:)

~

21.04.2014, godz.14:12

Aż się popłakałam na samym końcu przy słowach, że ufasz Bogu, sama nie wiem dlaczego, po prostu się wzruszyłam. to piękne świadectwo twojej wiary .

~

01.02.2014, godz.14:32

piękne świadectwo Panie Świeć nad Duszą Ewy !

~Kocham Jezusa

12.11.2013, godz.16:11

Piekne swiadectwo ... Plynace z glebi serca czlowieka ktory uwierzyl i ktorego dotknelo Boze Milosierdzie. Niech Bog Cie prowadzi drogi Bracie w Twoim ziemskim pielgrzymwaniu. ...sama bylam takim slepcem kiedy zrozumialam ze... "Z KRZYZA PLYNIE BOZE MILOSIERDZIE" Ze kazde cierpienie ma sens-tylko my nie umiemy,nie chcemy nie potrafimy -przyjac,zrozumiec ,sluchac! Trzeba sluchac i otworzyc serce niech Duch Swiety dziala w nas -a on bedzie dzilal!Nie ustajmy w modlitwie,wybaczajmy i kochajmy. Niech nasza postawa bezie Bogu mila. Zyjmy niebem juz tu na ziemi. Jezu Ufam Tobie !

~Aga

28.08.2013, godz.01:03

Dziękuję.

~Gochna

16.12.2012, godz.18:44

Piękne świadectwo......i super że piszecie o tym,przypadkowo trafiłam na ta stone i jestem mile zaskoczona że tak otwarcie mówicie.Nasz Pan jest Wielki i za to go Kocham wiem że on dla nas wszystkich chce jak najlepiej i pamiętajmy ze daje nam siły aby udźwignąć krzyż który każdy z osoba mamy.pozdrawiam serdecznie i życzę wytrwałości i odwagi w modlitwie!!!

~Zahir...

29.11.2012, godz.16:55

Ja też potrafię wczuć się w tą sytuację... dokładnie rok temu byłam przy śmierci bliskiej mi osoby... długo... bardzo długo nie mogłam się pozbierać, ale ufność w Boga i siła płynąca z codziennej modlitwy różańcowej pomału przywróciła mi wiarę, że jednak moje życie musi toczyć się jakoś dalej... poza tym w chwili wielkiej tęsknoty Serca za odeszłą osobą przeżyłam coś, co nie pozwala mi wątpić, że ta osoba pragnie, abym była szczęśliwa i nie martwiła się już dłużej o nią... to było wyjątkowe doznanie i bardzo osobiste... dlatego nie opiszę go tutaj... mogę tylko napisać z własnego doświadczenia tyle - Bóg istnieje, a dusza żyje dalej... jest wieczna... dlatego nie traćmy nigdy wiary... bo gdy zaczynamy wątpić On tak i tak wraca do naszych Serc jak bumerang... Bóg przychodzi do nas szczególnie w chwilach trudnych i zamieszkuje nasze Serca, gdy je szeroko otwieramy dla siebie i dla innych ludzi... podziwiam mężczyznę, który napisał powyższe świadectwo... Jego sytuacja jest inna... bardziej dramatyczna... choć oczywiście każde odejście bliskiej nam osoby jest dramatem... ale obojętnie, czy jesteśmy słabsi, czy silniejsi psychicznie w takich sytuacjach to wiara i Bóg jest wszystkim, co nam pozostaje... i choć na początku, po odejściu bliskiej osoby wszystko wydaje nam się beznadziejne, pozbawione sensu i nie mamy czasami chęci do dalszego życia, to Bóg po jakimś czasie uzdrawia nasze Serca i wlewa w nie nową nadzieję... nic na tym świecie nie dzieje się przypadkowo... wszystko ma swój głębszy sens... nawet nasza śmierć... pozdrawiam wszystkich... niech Bóg wam błogosławi...

~Diana

16.11.2012, godz.16:39

Wierz tylko. Ufaj.

~Jacek

09.10.2012, godz.17:38

Jak sie zmienic? Szczere i osobiste rozwarzanie Slowa Bozego, Wdrazanie w codziennym zyciu zasad przekazanych nam przez Jezusa z miloscia, Pokuta, Dyscyplina itp. Tak sie zmienilo moje Zycie. Jego Slowo zmienilo moje serce. On Jest, Zyje, Slucha nas i juz nas Zbawil. Tylko my musimy odpowiedziec na Jego Milosc. To wiem bo przemienil moje serce.

~JUSTKA

08.07.2011, godz.05:17

A MOZE WARTO ZNALEZC JAKAS WSPOLNOTE Z KTORA SIE MOZNA MODLIC RAZEM?

~basia1

10.04.2011, godz.10:24

Bardzo przejmujące Twoje wyznanie i mnie bardzo poruszyło.Ja straciłam męża w ciągu miesiaca,zmarł na raka i przegrałam bo nie umiałam i nadal nie umiem dotrzeć do syna z problemami,odwrócił się od Kościoła a ja nie potrafię wpłynąc na Niego a sama też mam świadomość,że nie umiem się modlić.Zaliczyć mszę i odmówić pacież .Jak się zmienić?