żywa Wiara

Świadectwa wiaryZOBACZ WSZYSTKIE

Od królowej Balu do zakonnicy pasjonistki

autor: Sr. John Mary of the Indwelling Trinity, CP

użytkownik: MRak z dnia: 2019-04-30

Jestem przekonana, że moje powołanie do życia zakonnego zrodziło się podczas burzy śnieżnej. W tym czasie przebywałam w niewielkiej szkole katolickiej i byłam podekscytowana tym, że będę mogła spędzić noc w klasztorze z zakonnicami. Niestety krewny z mojej rodziny przyjechał do szkoły, aby zabrać mnie do domu. To jest moje pierwsze wspomnienie chwil, kiedy chciałam zostać oblubienicą Jezusa Chrystusa.

Nie byłam ani pobożnym dzieckiem, ani nie należałam do najzdolniejszych uczennic. Byłam prostą małą dziewczynką. W miarę upływu czasu zapomniałam jak bardzo pociągało mnie życie religijne. W tym miejscu uważam, że powinnam się przedstawić. Urodziłam się w sierpniu 1972 roku. Na chrzcie otrzymałam imię Teresa Anna. Kiedy rozpoczynałam nowicjat otrzymałam imię siostra John Mary of the Indwelling Trinity (siostra Janina Maria od Trójcy Przenajświętszej). Obecnie jestem zakonnicą pasjonistką w klasztorze w Whitesville, w stanie Kentucky.

Światowe życie

Kiedy byłam w siódmej klasie przeniesiono mnie do szkoły publicznej. Wkrótce Bóg i rodzina znalazły się na ostatnim miejscu w mojej hierarchii rzeczy najważniejszych. Poznałam nowe koleżanki, które lubiły imprezować. Dyskoteki, romansowanie i sport stały się moim celem życia. Chciałam być jak Julia Roberts. W tym czasie nawiązałam bardzo złą relację z chłopakiem, która trwała przez trzy lata. Myślałam, że znalazłam prawdziwą miłość. Miałam wielu przyjaciół. Kiedy byłam w ostatniej klasie szkoły średniej byłam królową balu. Chociaż dobrze bawiłam się to w sercu nie czułam spokoju i spełnienia.

Gdzie Bóg był w tym wszystkim? Cóż, dorastałam w rodzinie katolickiej. Często uczestniczyliśmy we mszy świętej i czasami wieczorem wspólnie odmawialiśmy różaniec. Tak naprawdę stwarzałam pozory po to, aby mieć spokój z rodzicami. Jednak podczas Środy Popielcowej w 1990 roku nastąpiła zmiana. W tym czasie byłam uczennicą w ostatniej klasie szkoły średniej. Uświadomiłam sobie, że związek z moim chłopakiem nie był dobry dla nas. Na próżno moi rodzice próbowali nas rozdzielić. Nawet błagali mnie ze łzami w oczach, aby zerwała ten związek. Jednak po krótkim rozstaniu wracaliśmy do siebie. Tego dnia razem z rodziną poszłam na mszę, podczas której Łaska Boża wypełniła moje serce. Błagałam Jezusa o pomoc. Wieczorem kiedy mój chłopak przyszedł do mnie zerwałam z nim na dobre. To była jedna z najtrudniejszych decyzji, jaką podjęłam. Z drugiej strony poczułam się wolna. Nie wiedziałam jeszcze jak byłam zniewolona przez moje namiętności.

Życie w Jezusie Chrystusie

Nadal imprezowałam. Oprócz tego spędziłam wiele godzin na seansach spirytystycznych przy tabliczce ouija z moimi koleżankami. Nie mieliśmy pojęcia z kim tak naprawdę kontaktowaliśmy się. Potem uświadomiłam sobie, że wtedy Szatan trzymał nas z dala od Chrystusa. W tym samym czasie mój kolega, który działał w organizacji ewangelizacyjnej The National Evangelization Teams, pisał do mnie listy, w których dzielił się ze mną czułą miłością i miłosierdziem Boga. W jednym liście napisał mi, że Bóg miał plan wobec mojego życia. Z początku to mnie nie interesowało. Kiedy wrócił do domu spotykaliśmy się i nadal mówił mi o Bogu i Kościele Katolickim. Mój upór złagodniał. Zanim rozpoczęłam studia na uniwersytecie the University of Southern Indiana jednego dnia uczestniczyłam na spotkaniach modlitwy charyzmatycznej z nim, a następnego bawiłam się podczas wielkiej imprezy w kampusie uniwersyteckim. Chciałam być jednocześnie przy Bogu i na dyskotece. Wkrótce zaczęłam odczuwać rozczarowanie i wyrzuty sumienia z powodu grzesznego życia, jakie prowadziłam.

Z moim przyjacielem odwiedziłam Franciszkański Uniwersytet w Steubenville. To doświadczenie otworzyło mi oczy. Spędziłam tam jeden weekend. Na tym uniwersytecie poznałam młodych ludzi, którzy płonęli miłością do Jezusa Chrystusa i Jego Kościoła! Uświadomiłam sobie, że mogę uwolnić się z mojego grzesznego stylu życia i czcić Boga bez wyrzutów sumienia. Wiedziałam, że muszę wybrać pomiędzy życiem, w którym na pierwszym miejscu jestem albo ja albo Bóg. Miałam świadomość, że ten wybór całkowicie zmieni moje życie. Miesiąc później udałam się do katolickiej telewizji EWTN i siedziby Caritas w Birmingham w stanie Alabama. Tym razem doświadczyłam miłości i miłosierdzia, jakim darzy mnie Bóg. W moim sercu zrodziło się pragnienie posiadania Boga. To doświadczenie wzmocniło we mnie to, co się wydarzyło w Steubenville. Kiedy wróciłam do domu byłam gotowa, aby zerwać z grzechem i żyć zgodnie z nauką Kościoła Katolickiego. To nie był łatwy wybór. Najpierw musiałam odbyć spowiedź ze wszystkich moich grzechów. Potem musiałam zmienić sposób ubierania się, muzykę, którą słuchałam; mowę, życie towarzyskie – dosłownie wszystko. Następnie zaczęłam uczęszczać na mszę świętą w ciągu tygodnia i chętnie odmawiałam różaniec.

Nie trzeba dodać, że moje nawrócenie zdumiało moich przyjaciół. Kilka lat później spotkałam jednego z moich „starych znajomych”. Spojrzał na mnie z taką odrazą jakby powstrzymywał się przed opluciem mnie w twarz. Czasem było mi ciężko, ponieważ samotnie spędzałam wieczory w piątki i soboty w domu w swoim pokoju. Jednocześnie byłam wdzięczna Bogu za Jego miłosierdzie i osobistą relację, jaka się z Nim rozwinęła.

Nie jedna osoba myśli sobie w jaki sposób rozwinęło się moje powołanie do życia zakonnego? Od czasów szkoły podstawowej nie myślałam o tym. Gdyby nie Miłosierdzie Boże i modlitwy moich rodziców to z pewnością straciłabym tę drogocenną perłę i, być może, wieczne zbawienie. Chociaż chodziłam z chłopakami na randki to czułam, że mam powołanie do życia zakonnego. Pewnego razu po mszy świętej z zakonnicami klaryskami ożywiło się moje pragnienie z dzieciństwa pójścia za Jezusem.

Wzięłam sobie dwa lata urlopu dziekańskiego. W tym czasie przyłączyłam się do grupy ewangelizacyjnej The National Evangelization Team. To był czas pełen łask i dobrego przygotowania do życia klasztornego. Przełożeni tej grupy zachęcili nas, abyśmy byli otwarci na głos Boga w naszym życiu. Jednocześnie bardzo mocno pociągało mnie powołanie do małżeństwa i zakonu. Odwiedziliśmy klasztor karmelitek w Północnej Dakocie. Z jednej strony nie chciałam wracać do świata. Jednak z drugiej myślałam sobie tak: „Nigdy nie będę mogła tak żyć!”. Byłam przekonana, że to będzie dla mnie za trudne życie. Po dwóch latach wróciłam do domu i na uczelnię. Chociaż dobrze się uczyłam to moje serce było niespokojne. Tak bardzo chciałam być z Jezusem i pomagać Mu w zbawianiu dusz. Jednocześnie pragnęłam wyjść za mąż. Byłam w rozterce. Miałam nadzieję, że „cudowny dżentelmen, który jest katolikiem” przyjedzie i zawróci mi w głowie. Spotykałam się z mężczyznami, ale po każdej randce czułam się coraz bardziej rozczarowana.

W tym czasie moja koleżanka rozeznawała powołanie zakonne w klasztorze sióstr pasjonistek i otrzymywała wspaniałą opiekę duchową. Chociaż nie miałam zamiaru zostać zakonnicą w tym zgromadzeniu zakonnym, poprosiłam ją o spotkanie z jedną siostrą pasjonistką. Zakonnica nakłoniła mnie, abym modliła się o rozeznanie mojego powołania życiowego.

Wstrząs życiowy

Studia okazały się drogą przez mękę. Podczas zajęć czułam w sobie strach i ciągle miałam katar. Nie wiedziałam dlaczego tak się czułam. Siedząc na sali wykładowej miałam wrażenie, że traciłam czas. Nie chciałam robić żadnej kariery zawodowej. Jednocześnie zastanawiałam się, co pomyślą sobie moi rodzice, krewni i przyjaciele jeśli nie ukończę studiów. Czy będą mnie uważali za nieudacznika? To wszystko znosiłam przez 4 lata. Brak pokoju w sercu pogorszył mój stan, w jakim się znajdowałam. Zastanawiałam się, czy studiowałam na tej uczelni z Woli Bożej czy z oczekiwań społecznych. Co bym zrobiłam gdybym nie studiowała? Miałam wrażenie, że nie było dla mnie miejsca na świecie.

Spędziłam wiele czasu na modlitwie przed Najświętszym Sakramentem. Zastanawiałam się jak mogłabym najlepiej kochać mojego Zbawiciela i sprawić, aby inni też Go pokochali. Ten fragment z Pisma Świętego stał się moją modlitwą: „Z całego serca Bogu zaufaj, nie polegaj na swoim rozsądku, myśl o Nim na każdej drodze, a On twe ścieżki wyrówna”(Prz 3,5-6).

Rzuciłam studia. Z jednej strony spokój wrócił do mojego serca, a z drugiej czułam strach, bo musiałam powiedzieć moim rodzicom co zrobiłam. Moi rodzice hojnie płacili na moją edukację. Porzucenie studiów było dla nich wielkim ciosem, ale zaakceptowali moją decyzję i wspierali mnie.

W tym czasie znalazłam pocieszenie w rozmyślaniu o Męce Pańskiej. Jezus umęczony i ukrzyżowany wyglądał jak nieudacznik w oczach ludzi. Zastanawiałam się, czy nie oszalałam. Ten fragment ewangelii umacniał mnie: „Przyciągnąwszy łodzie do brzegu, zostawili wszystko i poszli za Nim” (Łk 5,11). Chciałam pójść za Jezusem. W tym czasie znalazłam również pocieszenie w zdaniu, jakie powiedział św. Paweł od Krzyża, założyciel Zgromadzenia Męki Pańskiej, które popularnie zwie się pasjoniści: „Jeśli dusza stara się, najlepiej jak tylko może, aby być zjednoczona z Bogiem i nie potrafi znaleźć spokoju w zadaniach lub w miejscu, w którym przebywa to jest znak, że Bóg chce od niej czegoś innego”. Chciałam poznać Wolę Bożą. Teraz rozumiem, że wtedy Bóg zwiększał moją wiarę tak, abym nie wycofała się z porzucenia powołania zakonnego.

Rozeznawanie drogi życiowej

W tym czasie modliłam się do Matki Bożej tymi słowami: „Maryjo, proszę cię znajdź mi święty klasztor lub daj mi świętego męża”. Wkrótce Maryja wysłuchała moich próśb. Siostra pasjonistka zaproponowała mi pobyt w klasztorze przez tydzień. Chociaż w przeszłości byłam w klasztorze wiele razy to tym razem po raz pierwszy w życiu przekroczyłam klauzurę. Ten pobyt spodobał mi się. Poznałam świętych ze zgromadzenia pasjonistów. Czułam się jak w domu z siostrami zakonnymi. Ten pobyt był spełnieniem moich marzeń. Nie chciałam już wracać do domu. Chciałam pozostać w tym świętym miejscu dla chwały Bożej, zbawienia dusz i dla pocieszania Zbawiciela w Jego Męce. To życie, które obracało się wokół mszy świętej i liturgii godzin było wonią kadzidła ciągłej modlitwy i ofiary całego dnia. W tym czasie otrzymałam wiele łask, a największą z nich było rozeznanie, że Bóg chciał, abym została Jego oblubienicą. Kiedy wróciłam do domu powiedziałam moim przyjaciołom i krewnym, że zamierzam zostać zakonnicą. Niektórzy wspierali mnie, a inni myśleli, że stałam się za bardzo religijna. Pewien kapłan, z którym miałam dobre relacje radził mi, abym nie poszła do klasztoru. Potem kiedy zobaczył jak rozkwitłam będąc zakonnicą wspierał mnie na drodze powołania. Nie było żadnego odwrotu. Znalazłam cudownego katolickiego gentlemana – Jezusa Chrystusa.

Po tym cudownym pobycie w klasztorze chciałam zostać zakonnicą pasjonistką. Z drugiej strony zastanawiałam się jak będę w stanie znieść milczenie i samotność w klauzurze. Uwielbiałam poznawać nowych ludzi, podróżować, jeść na mieście, spotykać się z przyjaciółmi itp. Pójście do klasztoru oznaczało, że muszę porzucić to wszystko. Jednak zaprzyjaźniona ze mną siostra zakonna tak mi doradziła: „Nie obawiaj się o to, czy będziesz w stanie żyć w klasztorze. Lepiej na modlitwie pytaj Boga o to, czy to jest powołanie, które ci przeznaczył. Jeśli tak to będziesz w stanie żyć w klasztorze”.

Zaczęłam przygotowywać się na pójście do zakonu. Spędzałam z rodziną i przyjaciółmi tak dużo czasu, że zaczęło brakować mi go na modlitwę i lekturę duchową. W rezultacie moje pragnienie pójścia do klasztoru ucierpiało i prawie straciłam kontakt z zakonnicami. To był idealny czas na ostatnią pokusę.

Dostałam list od mojego kolegi katolika, w którym wyjaśnił mi, że bardzo mu się podobałam. Poprosił mnie, abym odłożyła decyzję pójścia do klasztoru do czasu naszego spotkania. Byłam bardzo zaniepokojona zastanawiając się, czy tego Bóg chciał ode mnie. Pojechałam do klasztoru ze łzami w oczach. Chciałam porozmawiać o tym z siostrą zakonną, z którą byłam zaprzyjaźniona. Zakonnica wyjaśniła mi, że zawsze pojawia się ostatnia pokusa zanim ktoś wejdzie do klasztoru. Przypomniała mi, że rozeznawałam powołanie do małżeństwa przez kilkanaście lat, które nie przyniosło żadnego owocu. Doradziła mi, abym nie spotkała się z tym mężczyzną tylko wstąpiła do klasztoru tak, jak planowałam. Jeśli podczas dalszego rozeznania drogi życiowej okaże się, że Bóg nie wzywa mnie do życia zakonnego to wrócę do domu i mogę skontaktować się z tym mężczyzną. Ta rada wlała mi dużo pociechy do serca.

Dwa lata później kiedy złożyłam profesję czasową dostałam od tego mężczyzny dużo białych róż. Morał tej historii jest taki: modlitwa i wspomnienia nie powinny ostudzać zapału osoby, która zamierza wstąpić do klasztoru.

Po południu w niedzielę 27 sierpnia 1995 roku po pożegnaniu się z rodziną wstąpiłam do klasztoru sióstr pasjonistek. Czułam w sobie strach, kiedy przekroczyłam próg klauzury. Jednocześnie wiedziałam, że Bóg przyprowadzając mnie tutaj będzie przy mnie bliżej niż w przeszłości.

W klasztorze doświadczyłam wielu radości i prób. Znalazłam Jezusa Chrystusa, który kochał mnie całym swoim sercem. Oprócz tego próbowałam odnaleźć się w tym nowym świecie. Uświadomiłam sobie, że nie byłam świętą, za którą uważałam się w przeszłości. Wiedziałam, że nikt nie zmuszał mnie, abym tu została ponieważ to był mój wybór. Na początku milczenie i samotność sprawiały mi trudności. Musiałam nauczyć się jak żyć na tej nowej drodze życiowej. Od innych zakonnic otrzymywałam pomoc i rady. To było trudne ponieważ byłam osobą niezależną. Oprócz tego bardzo tęskniłam za rodziną.

Zrozumiałam, że społeczność zakonnic nie była grupą aniołów, żyjących na ziemi. Były takimi grzesznicami jak ja, które nasz Zbawiciel odkupił przez swoją śmierć na krzyżu. Oprócz tego brakowało nam powołań. W ciągu 16 lat mieliśmy jedno powołanie, a niektóre zakonnice przeniesiono do innego klasztoru. Niestety ta przyszła zakonnica odeszła w czasie, kiedy z nią odbywałam postulat. Oprócz niej była jeszcze jedna kobieta, która wstąpiła do zakonu w tym samym czasie, co ja. Niestety odeszła po miesiącu. Czasami było mi ciężko w ciągu tych 7 lat, ponieważ byłam najmłodszą zakonnicą. Jednak trudności sprawiały, że pogłębiała się moja wiara. Zadawałam sobie pytanie: czy wstąpiłam do klasztoru dla siebie, czy dla Jezusa? W tym czasie pragnęłam jeszcze mocniej należeć do mojego Zbawiciela. Jezus umacniał mnie w akceptowaniu ukrytego życia w czystej wierze.

Podczas tych prób i radości, których doświadczyłam od dnia, kiedy wstąpiłam do tej „Szkoły Jezusa” (Szkoła miłości jest lepszym słowem), zawsze był pokój w moim sercu. Taki pokój, którego szukałam, a który przewyższa wszelkie rozumienie. Jest nim pokój Chrystusa. Podczas 30 dniowych rekolekcji, w których uczestniczyłam przed złożeniem ślubów wieczystych, dostałam list od mojej mamy. W nim wyznała mi sekret, że zawsze modliła się, abym została zakonnicą. To się nazywa potęga modlitwy matki za swoje dzieci.

Po Bogu i Matce Najświętszej jestem bardzo wdzięczna moim rodzicom za dar mojego powołania do życia zakonnego. Nauczyli mnie i moje rodzeństwo wierności Bogu i rodzinie. Dzięki nim nauczyliśmy się kochać siebie nawzajem przez poświęcenie, posłuszeństwo, pracę, stabilność i bycie razem. Moi rodzice nie popsuli nas i nie pozwalali nam robić takich rzeczy, które mogłyby zadać nam ból zarówno pod względem moralnym jak i duchowym. Niestety czasami robiliśmy te rzeczy, ale nie za zgodą moich rodziców. Mamo i tato dziękuję wam!

Od czasu, kiedy wstąpiłam do zakonu niektórzy z moich przyjaciół ze szkoły średniej utrzymywali ze mną kontakt, a nawet uczestniczyli we mszy świętej, podczas której odbyła się moja profesja wieczysta. Modlę się, aby zrozumieli dlaczego porzuciłam studia i wstąpiłam do zakonu. Jeśli to zrozumieją to tym samym poznają Jezusa i Jego bezgraniczną miłość, jaką ich darzy.

Być może czytając moje świadectwo zastanawiacie się jak moja rodzina odbiera to, że jestem zakonnicą. Cóż, wiem, że bardzo za mną tęsknią, ale wiedzą, że jestem szczęśliwa. Moi młodsi bracia uważają, że fajnie jest mieć siostrę, która jest zakonnicą. Jednak moja siostra ma gorzej, ponieważ jestem jej jedyną siostrą. Mój ojciec jest szczęśliwy, a mama wie, że wypełnienie Woli Bożej wyda dobre owoce w naszej rodzinie. Bóg pobłogosławił naszą rodzinę nie tylko powołaniem zakonnym. Obecnie jeden z moich braci studiuje w seminarium duchownym w diecezji Evansville.

Każdego dnia jestem wdzięczna mojemu ukochanemu Zbawicielowi za dar powołania zakonnego, dzięki któremu przez pokutę i modlitwę powiększam Jego chwałę i jestem narzędziem do zbawiania dusz. 13 września 2003 roku w obecności rodziny i przyjaciół złożyłam śluby wieczyste. To był piękny dzień! Wtedy powiedziałam: „Tak” Jezusowi. Jestem Jego, a on jest mój, na zawsze.

Sr. John Mary of the Indwelling Trinity, CP

Tłumaczenie z j.ang. na j.pol: Marcin Rak

Źródło:https://www.passionistnuns.org/blog/2018/2/16/from-prom-queen-to-cloistered-nun

Komentarze (0)

Portal zywawiara.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy i wypowiedzi zamieszczanych przez internautów. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną.