żywa Wiara

Świadectwa wiaryZOBACZ WSZYSTKIE

Co aborcja zrobiła mojej żonie

autor: Paul Deitche

użytkownik: Klaudia z dnia: 2015-11-06

Nazywam się Paul Deitche. Ja i moja żona Maureen straciliśmy jedno z naszych dzieci w wyniku aborcji. Pamiętajcie, że naprawdę żałujemy tego, że popełniliśmy okropną zbrodnie przeciwko bezbronnemu i nienarodzonemu ludzkiemu stworzeniu, które było naszym dzieckiem. W ciągu tych lat oboje z żoną wzrastaliśmy w wierze. Dzięki temu uświadomiliśmy sobie, że nigdy nie powinniśmy dopuścić do poczęcia dziecka bez zawarcia sakramentu małżeństwa.

Wiele lat temu kiedy miałem 18 lat i byłem w ostatniej klasie szkoły średniej moja obecna żona Maureen miała 14 lat i była uczennicą w pierwszej klasie. Zaczęliśmy ze sobą chodzić i mieliśmy nasz „pierwszy raz”, po którym Maureen zaszła w ciąże. Nie mogę powiedzieć, że była to „niechciana ciąża” ponieważ Maureen w głębi serca chciała urodzić to dziecko. Niestety czuła, jak większość kobiet, że nie ma innego wyboru. Natomiast ja podejrzewając Maureen o ciążę bardziej obawiałem się konsekwencji prawnych, ponieważ wtedy ukończyłem 18 rok życia. Wiedziałem, że gdyby jej rodzice dowiedzieli się o tej ciąży to mogliby donieść na mnie na policję, a zawarcie małżeństwa też nie było dla nas rozwiązaniem biorąc pod uwagę młody wiek Maureen, a także reakcję jej rodziców, którzy byliby temu przeciwni.

Poszliśmy z Maureen do kliniki aborcyjnej, ponieważ tam można było zrobić darmowy i dyskretny test ciążowy. W połowie lat 70 zestaw testów ciążowych nie był dostępny w aptekach jak teraz. Po chwili pracownik kliniki aborcyjnej wszedł i powiedział, że wynik testu ciążowego jest pozytywny. Wyszliśmy z kliniki, która znajdowała się w wieżowcu w Chicago i skierowaliśmy się do windy, aby opuścić to miejsce. W pewnym momencie kiedy jechaliśmy windą w dół Maureen załamała się i zaczęła płakać. Bała się reakcji swoich rodziców, którzy byli surowi, wybuchowi i nie mieli świadomości, że ich 14 letnia córka zaczęła życie seksualne. Kiedy zjechaliśmy na dół i zaczęliśmy kierować się do drzwi jeden z pracowników kliniki aborcyjnej wyszedł z drugiej windy i namówił nas, abyśmy wrócili do kliniki. Podczas rozmowy Maureen wyjaśniła, że boi się powiedzieć swoim rodzicom o ciąży. Natomiast aborcjonista powiedział do niej, że jej rodzice nie muszą o tym wiedzieć, ponieważ aborcja jest dostępna bez zgody i wiedzy rodziców. Pomimo, że aborcja nie była opcją, którą braliśmy pod uwagę to z drugiej strony było to łatwe rozwiązanie dla nas obojga. Jeden dzień lub dwa dni potem umówiliśmy się z kliniką na zabieg aborcji.

Wtedy osobiście nie widziałem nic złego w aborcji. Był to zabieg legalny, a jeśli coś było złego lub zagrażało bezpieczeństwu to pewnym jest to, że rząd nie pozwoliłby na to. Myślałem też, że Maureen nie nosiła dziecka lub ludzkiej istoty we wczesnym okresie ciąży tylko to był zlepek komórek, który jeszcze nie przybrał postaci człowieka. Nie miałem pojęcia, że nasze dziecko było człowiekiem, w którym biło serce.

Natomiast Maureen miała świadomość, że straci dziecko. Wiele lat później kiedy napisała swoje świadectwo to przypomniała sobie, że w nocy przed aborcją rozmawiała ze swoim dzieckiem i powiedziała do niego, że chciałaby go urodzić.

Po zabiegu aborcji leżąc w sali pozabiegowej Maureen płakała z rozpaczy po stracie swojego dziecka. Aborcjonista powiedział jej, że ona była jedyną osobą, która płakała i w przyszłości może mieć inne dzieci.

Kiedy wracaliśmy do domu czułem w sobie ulgę, a Maureen była zakłopotana i odczuwała niewielkie uspokojenie z powodu, że jej rodzice nie dowiedzą się niczego z męki, przez którą przeszła. Minęło kilka miesięcy po tej aborcji. Maureen była bardzo smutna. Myślałem sobie, że to tylko tymczasowy stan, który jej przejdzie z czasem.

Ktoś pomyślałby sobie, że wyciągnęliśmy jakieś wnioski z tych błędów, jakie popełniliśmy. Niestety, tak się nie stało. Niecały rok później Maureen zaszła ponownie w ciążę. Tym razem moja dziewczyna miała 15 lat i postanowiła, że urodzi dziecko, które rozwijało się pod jej sercem. Skontaktowała się z organizacją Right to Life (Prawo do Życia), która zamieściła swoją reklamę w gazecie dla kobiet w ciąży, które rozważały poddanie się aborcji. Pracownicy tej organizacji pomogli Maureen, aby ta zebrała się na odwagę i powiedziała swoim rodzicom, że jest w ciąży. Nastała burzliwa i napięta sytuacja w ciągu nadchodzących kilku miesięcy. Ostatecznie rodzice Maureen zgodzili się na nasz ślub, kiedy ich córka ukończy 16 lat. Nasz ślub odbył się na miesiąc przed porodem. Po ślubie przeprowadziliśmy się do mieszkania własnościowego babci Maureen i czekaliśmy na dzień narodzin naszego dziecka.

W sierpniu 1976 roku urodziła się nam piękna córeczka. Byłem zdumiony jej pięknością i małymi rysami twarzy. Wtedy naprawdę poczułem, że Bóg obdarzył nas cudownym darem. Z jednej strony moja żona była bardzo szczęśliwa, ale z drugiej strony podzieliła się ze mną pewnym incydentem. Kiedy Maureen leżała na porodówce i przytulała do siebie nasze dziecko w pewnym momencie zaczęła płakać, ponieważ dotarło do niej, że zabiła dziecko, które było tak cenne, jak to narodzone. Uświadomiła sobie, że jest matką dwójki dzieci, z których jedno zostało zabite podczas aborcji, a drugie żyje.

Chociaż byliśmy nastolatkami to bycie małżonkami i rodzicami sprawiało nam radość. Miałem pracę, a Maureen zajmowała się domem i naszą córką. Pomimo młodego wieku moja żona miała opinię matki z powołania, ponieważ wszyscy widzieli, jak bardzo troszczyła się o naszą córeczkę. Niestety moja żona cierpiała na syndrom postaborcyjny. W nocy śniły się jej koszmary, w których coś złego miało się wydarzyć naszej córce, a także Maureen słyszała jakiś głos, który mówił jej, że zostaniemy ukarani za pierwszą aborcję. Zapewniłem moją żonę, że Bóg nie ma zamiaru nas karać. Spotkaliśmy się ze wspaniałym i wyrozumiałym kapłanem, przed którym wyspowiadaliśmy się z naszych grzechów i aborcji naszego pierwszego dziecka. Ten kapłan zapewnił nas, że Bóg przebaczył nam ten grzech, za który odczuwaliśmy szczery żal.

Po pewnym czasie razem z żoną kupiliśmy nasz wspólny dom. Urodziło się nam następnych troje dzieci. Aktywnie uczestniczyliśmy w życiu Kościoła i wyglądało na to, że wszystko było w porządku. Prawie nigdy nie rozmawialiśmy ze sobą o aborcji naszego pierwszego dziecka. Myśleliśmy, że mamy to za sobą. Nie wiedziałem, że moja żona doświadczy traumy związanej z aborcją, która miała miejsce dokładnie dziesięć lat temu.

Kiedy nasze czwarte dziecko przyszło na świat Maureen zapadła na depresję poporodową. Cały czas była przestraszona tym, że może być niebezpieczeństwem dla naszego dziecka. Ta depresja pogłębiła się do tego stopnia, że moja żona uważała siebie za niebezpieczeństwo dla wszystkich naszych dzieci. Zapewniałem ją cały czas, że nigdy nie skrzywdziłaby naszych dzieci. Maureen udała się na konsultacje z psychologiem, który powiedział jej to samo.

Moja żona bardzo troszczyła się o naszą rodzinę pomimo że przez następne lata z przerwami nadal cierpiała na tą depresję. Bardzo często atakowały ją najokropniejsze myśli. Mimo, że wielu specjalistów z dziedziny psychologii określiłby to mianem choroby psychicznej lub emocjonalnej, to oboje z żoną wiedzieliśmy, że diabeł odgrywał w tym swoją rolę. Za każdym razem, kiedy Maureen mówiła sobie, że nigdy nie skrzywdziłaby swoich dzieci to słyszała głos, który jej mówił, że już zabiła jedno z nich podczas aborcji.

Bogu niech będą dzięki za koleżankę mojej żony, dzięki której skontaktowaliśmy się z księdzem, który specjalizuje się w leczeniu duchowych ran powstałych w wyniku aborcji. Dzięki temu Maureen mogła odnaleźć uzdrowienie, którego potrzebowała. Podczas ostatniego spotkania z tym kapłanem prosiliśmy Boga, aby wyjawił nam płeć dziecka, które zabiliśmy podczas aborcji. Bóg wyjawił nam, że to była dziewczynka. Nazwaliśmy ją Mary Catherine. W Marytown, w hrabstwie Libertyville na ścieżce modlitewnej znajduje się cegła wotywna, na której jest napisane: „Pamięci naszego dziecka, które zginęło w wyniku aborcji”. Jest to jedyna rzecz, którą posiadamy, aby podkreślić istnienie naszej córeczki.

Rok temu zanim zostaliśmy członkami stowarzyszenia „Silent No More” poproszono nas o uczestnictwo w rekolekcjach o uzdrowienie po aborcji pod nazwą „Rachel's Peace”. Tam poznaliśmy wiele par małżeńskich, które też zabiły swoje dzieci podczas aborcji i podzieliliśmy się naszym świadectwem. Wtedy też mieliśmy czas na refleksje nad stratą naszego dziecka. Razem z żoną napisaliśmy list do naszej córeczki. Podczas tych rekolekcji otrzymaliśmy małego aniołka, który nam przypomina o tym, że mamy czekać na spotkanie z naszym dzieckiem, które nastąpi pewnego dnia w Niebie. Chociaż nasza córeczka Maria Katarzyna żyła tylko przez okres 8 tygodni to nigdy o niej nie zapomnimy. Dziecko jest dzieckiem, nie ważne jak ono jest małe.

Mam nadzieję, że moje świadectwo, a także wiele lat zaangażowania w ruchu na rzecz obrony życia dzieci nienarodzonych odmienią umysły i serca tych osób, które są zwolennikami cywilizacji śmierci. Również chciałbym zwrócić się do tych osób, które są obojętne jeśli chodzi o tę kwestię. Jestem przekonany, że aborcja jest złem niewyobrażalnym. Nie wolno nam dla świętego spokoju stać z boku i być obojętnym na tragiczny los tych tysięcy niewinnych dzieci, które są zabijane każdego dnia. Pewnego dnia zostaniemy osądzeni za to, co zrobiliśmy i czego nie zrobiliśmy.

Proszę was módlcie się o świętość dla każdego życia ludzkiego i o nawrócenie dla tych, którzy nie doceniają wartości życia ludzkiego, szczególnie parlamentarzystów i osób, które pracują w przemyśle aborcyjnym. Niech Bóg zachęci i wzmocni każdego z was, abyście stanęli do ochrony ludzkiego życia od poczęcia do naturalnej śmierci.

. Dzisiaj dziękuję wam wszystkim za wysłuchanie mojego świadectwa poświęconego pamięci mojej córeczki Mary Catherine i za wszystko, co robicie, aby chronić dar życia. Niech Bóg wam błogosławi.

Paul

Tłumaczenie z j.ang. na j.pol. moje: Militem Jesu et Mariae

Źródło:http://www.silentnomoreawareness.org/testimonies/testimony.aspx?ID=3262

Komentarze (3)

Portal zywawiara.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy i wypowiedzi zamieszczanych przez internautów. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną.

~miro

01.04.2016, godz.09:06

W rzeczy samej. Bardzo trudny. Zastanawiam się wszakże, bo o tym rzadko się wspomina, co począć z dziećmi już narodzonymi w sytuacji, gdy szanująca zasady moralne matka, jest po prostu skrajnie biedna i nie wyobraża sobie, aby zrobić dziecku cokolwiek złego. Często w całej "kampanii" przeciwaborcyjnej zapomina się jednak, iż tak, jak dziecko poczęte i nienarodzone ma prawo do życia i tylko Bóg Najwyższy ma jakiekolwiek prawo do zmian w tej dziedzinie (choćby przez powołanie dziecka do grona Aniołów), tak ma to prawo do życia, również dziecko narodzone. Często jednak zostawia się taką samotną matkę samej sobie, która zaniedbuje się, zadłuża, nawet sprzedaje swoje ciało, by zapewnić dziecku choć minimum jakiejkolwiek egzystencji. Wiem... temat-rzeka, obserwuję jednak otoczenie i widzę, to-i-owo, o czym niektórzy z pewnością woleli by "zapomnieć" (cudzysłów celowy). Każde życie jest cenne, ludzkie, zwierzęcia, rośliny... Znikąd, niepotrzebnie, nie wzięło by się na świecie. Zmykam, czytać dalej Świadectwa... Kopalnia cennych spostrzeżeń...

~adam

04.03.2016, godz.09:44

Taki wybór jest trudny,dlatego niezbędna jest pomoc duchowa i wsparcie,najlepiej rodziny.Przed aktem aborcji lepiej jest poradzić się np;organizacji antyaborcyjnych lub księdza.Należy głęboko żalować i naprawic ten stan duchowo-emocjonalny co jest czasami niezwykle trudne.Niech Bóg was wspiera i podnosi na duchu.Pomimo cięzkich przeżyć.

~Podaj imię lub nazwisko (nick)

11.02.2016, godz.11:49

BÓG Z WAMI NA WIEKI AMEN