żywa Wiara

ArtykułyZOBACZ WSZYSTKIE

Dziwna zmiana

autor: Kuba

użytkownik: Klaudia z dnia: 2017-05-05

Październik 2015 r. miał być wyjątkowym miesiącem dla mojej małżonki i dla mnie. Dokładnie 3 lata temu powiedzieliśmy sobie sakramentalne „Tak”. Dziś stoimy naprzeciw siebie w gmachu budynku, gdzie „władzę” sprawuje ślepa Temida.

Oboje walczymy o sprawiedliwość, przy czym dla każdego z nas słowo to ma zupełnie inne znaczenie. Z jednej strony pojawia się ucieczka, porzucenie, zapomnienie, nowe „lepsze” życie, z drugiej: nadzieja, miłość, wierność…

Śmieci

Pierwsze racjonalne pytanie, które przychodzi każdemu do głowy, brzmi: dlaczego? Jaki jest powód tego, że zakochani tak szybko od siebie odchodzą? Dlaczego jeszcze szybciej znajdują sobie nowego partnera? Zwyczajne wyjaśnienia rozejścia się ich dróg są następujące: zdrada, patologia, przemoc, alkoholizm, wypalenie, homoseksualizm jednego ze współmałżonków.

W moim przypadku żadna z powyższych sytuacji nie miała miejsca. W obliczu kryzysu, niekiedy kłótni i monotonii życia codziennego, chętni na zmiany i wszelką pomoc, postanowiliśmy zasięgnąć pomocy psychoterapeuty, a później psychologa. Efekt naszego wyboru oddaje puenta – słowa pewnego jezuity, u którego zasięgnąłem rady: Jeśli pomocy szukamy na śmietniku, a nie u Boga, to znajdujemy śmieci.

Kiedy po raz drugi w nasze małżeństwo zawitał kryzys, postanowiliśmy – jak za pierwszym razem – skonsultować się z osobą, która nam pomogła za pierwszym razem. Była to miła, wierząca, pełna nadziei psychoterapeutka.

Muszę się przyznać, że kiedy po raz pierwszy usłyszałem od mojej małżonki propozycję rozmowy z psychoterapeutą, byłem tym bardzo zniesmaczony. Moje zdanie na temat pomocy psychologa czy psychoterapeuty było bardzo negatywne. Czytałem liczne komentarze m.in. w Internecie. Na ich podstawie wyrobiłem sobie zdanie, że pomoc psychologa czy psychoterapeuty może tylko zaszkodzić.

Jednak podczas pierwszego spotkania psychoterapeutka obaliła wszelkie mity, którymi żyłem. Cechowały ją: empatia, brak schematyczności, rzetelność, wiara w uzdrowienie każdej relacji, nadzieja na odbudowanie związku. Zadania, które od niej otrzymaliśmy – choć banalne – miały jeden cel: nasze wspólne dobro.

Niestety, za drugim razem mojej małżonce to nie wystarczyło. Czego zabrakło? Dlaczego straciła nadzieję? Tego nie wiem do dziś. Mogę jedynie przypuszczać, że już wtedy w jej życiu pojawił się nowy partner bądź oczekiwała, że pomoc psychoterapeutki zadziała jak magiczna różdżka. Prawdę zna tylko ona. Jednak jako mąż, osoba, która zna ją bardzo dobrze od 11 lat, mam prawo wyrazić opinię (potwierdzoną przez inne osoby), że diametralna zmiana nastąpiła u niej zaraz po wizycie u innej psycholog.

 

Główną myślą było moje szczęście

Dzieląc się naszymi problemami w pracy, moja małżonka otrzymała od jednej
z koleżanek propozycję indywidualnego spotkania – konsultacji u doświadczonego psychologa. Zaproponowałem żonie, że również chcę uczestniczyć w tych konsultacjach. Chciałem poznać osobę, która mogłaby nam pomóc. Małżonka wyraziła zgodę. Wspólnie odbyliśmy jedno spotkanie, na którym pani psycholog zaproponowała indywidualne konsultacje. Nie mając nic do stracenia wyraziłem zgodę.

Z panią psycholog spotkałem się dwukrotnie. Na pierwszym spotkaniu tylko rozmawialiśmy. Kobieta, próbując zbudować więź zaufania, podzieliła się ze mną swoim przeżyciami oraz historią życia, włączając w to aktualny stan cywilny. Ze względu na zaufanie, którym mnie obdarzyła, nie mogę opisać tych historii. Pozwolę sobie jednak zauważyć, iż zaniepokoił mnie fakt, że sama odeszła od męża po 15 latach małżeństwa. Głównym argumentem, którego nie mogę zrozumieć, była „duszność” w związku. Niejednokrotnie podkreślała, że do żadnej patologii w jej małżeństwie nie dochodziło.

Rozmowa z panią psycholog nie bazowała na odpowiedzialności małżeńskiej, na takich wartościach, jak: wierność, przysięga, zobowiązanie, poświęcenie dla drugiej osoby, Bóg, wiara. Wręcz przeciwnie, kobieta koncentrowała się na mojej osobie. Główną myślą było moje szczęście, poznanie własnego „ja”, odnalezieniu własnej drogi.

Po pierwszym spotkaniu byłem bardzo zakłopotany. Liczyłem na pomoc, rady, wskazówki dotyczące tego, jak uratować małżeństwo. W zamian otrzymałem rady diametralne inne od tych, które otrzymywaliśmy wspólnie z żoną od psychoterapeutki.

Nie daję łatwo za wygraną, więc postanowiłem skorzystać z niewerbalnej metody stosowanej przez panią psycholog. Na drugim spotkaniu zaproponowała mi ona masaż. Położyła mnie na łóżku z głową skierowaną w sufit i poprosiła, abym zamknął oczy i zrelaksował się. Po tych słowach rozpoczęła masaż mojej głowy, brzucha i klatki piersiowej (w tle grała muzyka). W początkowej fazie masażu byłem bardzo spięty. Nie potrafiłem skupić się na niczym innym, jak tylko na ratunku mojego małżeństwa. Jednak z biegiem czasu moje myśli oraz ciało odchodziły w stronę relaksu, swobody, wolności. Nie potrafię jasno opisać uczucia duchowo-psychologicznego, jakiego doznałem podczas masażu. Jednak w moim odczuciu było ono negatywne. Kiedy pani psycholog zakończyła masaż, byłem skrajnie wykończony. Nie mogłem utrzymać się na nogach. Musiałem usiąść na ok. 3-5 minut.
Zapanował we mnie negatywny spokój i dwuznaczne odczucia. Z jednej strony czułem ulgę, ponieważ myśli, które od kilku tygodni tłukły się w mojej głowie, przestały ciążyć. Znikły. Czułem, jakby ktoś je wykasował. Z drugiej strony (na szczęście dość szybko to zrozumiałem) oddaliłem się od obowiązku walki i odpowiedzialności za małżeństwo.

Na kolejnym spotkaniu już się nie pojawiłem. Ograniczyłem kontakt z panią psycholog do e-mailów, w których również nie otrzymałem wskazówek, jak uratować moje małżeństwo. Pomocy postanowiłem poszukać w miejscu, w którym liczą się wartości moralne, małżeństwo nie jest traktowane jako kontrakt między ludźmi, a wiarę i nadzieję stawia się na pierwszym miejscu. Takim miejscem okazała się wspólnota Sychar.

Niestety, w tym czasie moja małżonka kilkakrotnie uczestniczyła w spotkaniach z panią psycholog. Niejednokrotnie korzystała z masażu ciała. W moim odczuciu, co potwierdzili niektórzy nasi wspólni znajomi, w jej osobie nastąpiła diametralna zmiana na gorsze. Kilka wizyt sprawiło, że stała się nieustępliwa w dążeniu do celu. Wzbudziła się w niej niesamowita nienawiść do mojej osoby oraz brak chęci rozmowy ze mną.

Aktualnie moja małżonka jest osobą, która dąży do własnego szczęścia i zaspokojenia swoich potrzeb. Zapomina przy tym o przysiędze małżeńskiej, wierności, moralności (od kilku miesięcy mieszka z młodszym o 6 lat „partnerem”). Jest inną osobą, taką, z którą nigdy bym się nie związał, osobą, której nie poznaję i która krzywdzi, czerpiąc z tego radość. W żonie zanikła dobroć, moralność, miłość, które widziałem przez cały nasz związek. Pojawił się egoizm.

Nie obwiniam pani psycholog za obecny stan naszego małżeństwa. Nie staram się też udowodnić, że metody przez nią stosowane są złe. Nie chcę również, aby po przeczytaniu tego tekstu każdy psycholog był traktowany jako zły doradca. Dzielę się tą historią, ponieważ być może będzie ona wskazówką dla osób, które szukają pomocy w poprawie swoich relacji ze współmałżonkiem, a dokładnie nie wiedzą, gdzie się udać albo gdzie powinny się udać.

 Artykuł ukazał się w 53  (kwiecień 2017) numerze Miesięcznika Egzorcysta.

 

 

Komentarze (0)

Portal zywawiara.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy i wypowiedzi zamieszczanych przez internautów. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną.