żywa Wiara

ArtykułyZOBACZ WSZYSTKIE

W hipnozie nie ma miejsca na Boga

autor: Anna

użytkownik: Klaudia z dnia: 2016-09-02

Hipnozę odkryłam, kiedy jako młoda adeptka psychologii rozpoczynałam pracę ze sportowcami. Uznałam, że hipnoza może być użytecznym narzędziem w pracy nad opanowaniem przez nich stresu.

Na studiach podyplomowych z zakresu psychologii sportu uczono mnie, że maksymalizację wyników sportowych można osiągnąć pracując nad optymalnym poziomem pobudzenia zawodnika. Ponieważ każdy człowiek ma inny poziom pobudzenia, niezbędny dla najlepszego funkcjonowania, stąd każdy zawodnik wymaga indywidualnej pracy w tym zakresie.

Nie jest dobrze, gdy sportowiec jest nadmiernie pobudzony podczas zawodów. Może to negatywnie wpływać na osiągane wyniki. Stąd opanowanie stresu stanowi ważny elementem pracy sportowca z psychologiem.

 

Psychologia sportu i… trans

Psychologia sportu jest specyficznym działem psychologii. Tu liczą się głównie wyniki sportowe, a nie dobre samopoczucie. Trenerzy wymagają od psychologa konkretnych metod i ćwiczeń. W tym wypadku techniki oparte na rozmowie nie mają dużego zastosowania. Sportowcy to grupa oczekująca wymiernych działań, odpowiednika treningu, który jest oparty na ćwiczeniach. Trening psychologiczny w dużej mierze bazuje na wizualizacji oraz ćwiczeniach wyobraźni. Techniki stosowane do opanowania stresu i pozbywania się nadmiernego napięcia, które utrudnia osiąganie maksymalnych wyników, to głównie metody relaksacyjne. Takich metod jest w psychologii wiele. Wszystkie one, choć o tym się nie mówi, mają źródło we wschodnich wierzeniach. Powszechnie stosuje się metody relaksacji polegające na odpowiednim oddychaniu, rozluźnieniu mięśni, uzyskaniu stanu głębokiego relaksu. Wówczas można przeprowadzać trening mentalny, który polega na wizualizacji sytuacji zawodów. Za pomocą technik oddechowych zawodnik uczy się natomiast kontrolować swój poziom pobudzenia. Najpierw w wyobraźni, potem w realnym życiu. Takie są założenia teoretyczne. Dziś mało kto zdaje sobie sprawę, że te techniki nie są osiągnięciem współczesnej psychologii, ale przez wieki stosowane były w różnych kulturach i wierzeniach jako metody osiągania transu. W początkach istnienia psychologii zostały one przeniesione – bez żadnego przystosowania – na grunt cywilizacji zachodniej.

Metody głębokiej relaksacji, jakich mnie uczono, od samego początku kojarzyły mi się z technikami hipnotycznymi. Taki stan osiągano podobnie jak w hipnozie, czyli za pomocą odpowiedniej modulacji głosu, odliczania, odczucia ciężkości lub (przeciwnie) lekkości ciała. Można było także wyobrazić sobie jakieś uspokajające okoliczności przyrody, zastosować techniki oddechowe lub aparaturę do biofeetbacku (dostarczanie informacji zwrotnej o zmianach stanu fizjologicznego człowieka). Stan głębokiego relaksu, jak to nazywano, można było także osiągnąć rozluźniając kolejno wszystkie części ciała – od czubków palców u stóp do czubka głowy. Ta technika była zresztą przez sportowców najbardziej lubiana. Wszystkie one miały jednak ten sam cel: wprowadzić człowieka w określony stan błogości, relaksu i znacznego rozluźnienia, co miało mu pomóc w opanowaniu stresu.

Dostrzegając podobieństwa tych metod do hipnozy zapytałam kiedyś osobę, która prowadziła zajęcia, czy to nie jest to samo. Uzyskałam zaskakującą odpowiedź. Okazało się, że w zasadzie jedno od drugiego niewiele się różni, ale psychologia akademicka niechętnie patrzy na techniki hipnotyczne, ponieważ uważa je za nienaukowe. Podstawowa różnica pomiędzy tymi technikami a hipnozą jest taka, że pożądany przez nas stan relaksu w założeniu stanowi stan płytszy niż trans hipnotyczny. W praktyce ta granica jest jednak prawie niedostrzegalna. Zdarza się bowiem, że osoba szczególnie podatna na hipnozę pod wpływem stosowania technik relaksacyjnych wpadnie w głęboki trans.

Kiedy rozpoczęłam pracę z młodymi sportowcami, zaczęłam stosować techniki, jakich uczono mnie na studiach. Czułam jednak, że można zrobić więcej. Pomyślałam, że hipnoza mogłaby być jeszcze skuteczniejsza.

 

Kurs hipnozy

W tamtym czasie nie mówiło się zbyt dużo o zagrożeniach duchowych związanych z hipnozą. Choć czułam, że z hipnozą jest coś nie tak, traktowałam ją jak narzędzie pracy. Nie miałam żadnych doświadczeń z nią związanych. Postanowiłam więc udać się na jakiś kurs, który dostarczy mi niezbędnej wiedzy. Dość łatwo odnalazłam takie zajęcia. Prowadzone były w sali w domu parafialnym przy kościele na warszawskiej Woli. Co niedziela, przed rozpoczęciem zajęć, duża część grupy uczestniczyła we Mszy Świętej. Wtedy zupełnie nie kłóciło mi się jedno z drugim. Chyba też nikt z uczestników kursu specjalnie nad tym się nie zastanawiał. Refleksja przyszła znacznie później…

Kurs stwarzał pozory naukowości i profesjonalizmu. Wykładowcy odnosili się do badań naukowych oraz doświadczeń terapeutów. Ponadto cel był szczytny – chodziło przecież o pomaganie ludziom w ich problemach. O żadnych zagrożeniach nie było mowy. Na ćwiczeniach praktycznych uczyłam się wprowadzania pacjentów w stan hipnozy. Co ciekawe, uczestnicy kursu ćwiczyli to na sobie nawzajem. Uczono nas także autohipnozy, czyli w jaki sposób samemu osiągać stan transu. Na zakończenie uzyskałam dyplom hipnoterapeuty.

Przyznaję, że podczas zajęć czułam się trochę nieswojo, a to głównie dlatego, gdyż wydawało mi się, że nic mi nie wychodzi… W żaden sposób nie mogłam, mimo najlepszych chęci, sama osiągnąć stanu hipnotycznego. Jedyne, co towarzyszyło mi podczas tych ćwiczeń, to poczucie niezręczności, a także śmieszności całej sytuacji. Śmieszyło mnie, że inni dziwnie się zachowywali. Na początku myślałam, że pewnie udają. Dziś wiem, że nie wszyscy ludzie są podatni na hipnozę w równym stopniu. Ja miałam to szczęście, że wcale nie byłam podatna.

Z czasem nabrałam przekonania, że cały ten kurs to jedno wielkie oszustwo. Nie nauczyłam się na nim wiele więcej niż na studiach psychologicznych. Raczej poczułam się oszukana i naciągnięta na niemałe pieniądze.

Po pewnym czasie spostrzegłam, że opowieści prowadzących kurs stały się coraz mniej oparte na faktach naukowych. Przekonywano mnie na przykład, że w stanie transu hipnotycznego można cofać się w czasie aż do życia płodowego, a nawet jeszcze dalej. Przytaczane świadectwa osób poddawanych hipnozie miały świadczyć o tym, że widzieli oni swoje życie przed narodzinami. Istnieje bowiem zjawisko hipnozy regresyjnej, kiedy to ludzie rzekomo cofają się do poprzednich wcieleń i są w stanie dokładnie opisywać topografię nieznanych im wcześniej miejsc, potrafią też opisywać zdarzenia historyczne, w jakich ponoć brali udział, nie znając ich nigdy wcześniej. Co więcej, potrafią mówić w nieznanych im językach, także starożytnych. Co ciekawe, regresji hipnotycznej towarzyszy zwykle lęk i przerażenie, a nie błogość i pokój.

To wszystko stawało się coraz bardziej przerażające. Mimo to prowadzący zajęcia opowiadali o tym jak o całkiem naturalnym zjawisku. Takie podejście zaczęło kłócić się z moim światopoglądem i wiarą. Zakładało przecież istnienie reinkarnacji, którą chrześcijaństwo odrzuca.

 

Otrzymałam zamęt

Stany transu hipnotycznego są w psychologii zaliczane do tzw. odmiennych stanów świadomości, które różnią się od stanów snu i czuwania. Takie stany można osiągać w różny sposób, także za pomocą środków psychoaktywnych. Często są one praktykowane w wierzeniach afrykańskich, a także w buddyzmie, hinduizmie i taoizmie. Ponieważ te wierzenia są odlegle od chrześcijaństwa, należy się do nich odnosić z dużą ostrożnością choćby dlatego, aby nie popaść w błąd i nie oddalić się od wiary. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że zabawa z hipnozą jest narażaniem mojej katolickiej wiary na ogromne niebezpieczeństwo.

Kiedy z perspektywy czasu patrzę na ten kurs, moje doświadczenia oraz nawrócenie, widzę, że działo się tam wiele złego. Pod pozorem czegoś wartościowego otrzymałam tylko zamęt. Tego, co usłyszałam, nie można było w żaden sposób połączyć z wiarą chrześcijańską. A mimo to próbowałam to robić. W jaki sposób? Po prostu to, co wydawało mi się niewygodne, odrzucałam. Myślałam wtedy, że samą metodę da się oderwać od jej teoretycznego podłoża. Oczywiście okazało się to nieprawdą. Hipnoza stanowi spójny system, podobnie jak joga czy medytacje mantryczne. Nie da się oddzielić samej metody od jej podłoża. Dziś, kiedy patrzę na to z perspektywy człowieka nawróconego, widzę, że mogła wyrządzić wiele szkód w umysłach moich współkursantów. Bo w hipnozie nie ma miejsca na Pana Boga. Hipnoza wychodzi z założenia, że człowiek własnymi siłami może osiągnąć to, co zechce, może też wpływać na siebie i na innych, a także zmieniać i kreować rzeczywistość. Takie myślenie jest bardzo dalekie od nauczania Kościoła, dlatego ludzie, którzy są nieugruntowani w wierze, mogą się na nie nabrać. Zainteresowanie hipnozą może też prowadzić do stopniowej utraty wiary i zastąpienia jej innymi wierzeniami.

 

Problem leży w „głowie”?

Po ukończeniu kursu i odebraniu „dyplomu” pomyślałam, że mogłabym w praktyce zastosować coś z tego, czego się uczyłam. Wkrótce nadarzyła się ku temu okazja. Moi podopieczni sportowcy przygotowywali się właśnie do ważnych zawodów. Poświęcałam wtedy dużo czasu pewnej zawodniczce, która miała świetną technikę, była szybka, wytrzymała. Wydawałoby się, że niczego jej nie brakuje. A jednak na zawodach zawsze przegrywała złoty medal z tą samą konkurentką. Obiektywnie wydawało się, że jest od niej znacznie lepsza, a jednak nie mogła z nią wygrać. Trenerzy uznali, że problem leży w „głowie”. Poprosili mnie o pomoc. Bardzo zależało mi na wygranej, bo byłby to także mój sukces. Postanowiłam więc uciec się do hipnozy.

Dziewczyna była dosyć podatna na hipnozę i szybko udało mi się wprowadzić ją w stan głębokiego relaksu. Właściwie nie byłam pewna, czy ten stan można nazwać stanem hipnotycznym. Miałam sceptyczne nastawienie do moich umiejętności jako hipnotyzera. Podałam jej sugestię hipnotyczną – nie będzie odczuwała napięcia przed walką. Pomyślałam, że nawet jeśli to nie hipnoza, to przecież sugestia nie zaszkodzi. Kiedy próbowałam już zakończyć naszą „sesję”, okazało się, że stan zawodniczki był głębszy, niż przypuszczałam. Nie reagowała na moje słowa, musiałam więc zastosować techniki wybudzania, których uczono mnie na kursie. Bardzo się przestraszyłam, bo przez dobre kilka minut nie było żadnej reakcji dziewczyny. Wydawała się nie odzyskiwać przytomności. To były długie minuty, podczas których obiecałam sobie, że już nigdy nie wrócę do hipnozy. Wydawało mi się, że zaraz stanie się coś strasznego. Nagle przypomniały mi się wszystkie krążące opowieści o ludziach, którzy nie wybudzili się z hipnozy. Bardzo się przestraszyłam, że coś takiego może się wydarzyć z moją „pacjentką”.

Kiedy wreszcie dziewczyna się wybudziła, nie potrafiła sobie przypomnieć, co się działo w ciągu tego czasu, nie pamiętała też tego, co do niej mówiłam, nie umiała powiedzieć, jak się czuła. Posiedziałam z nią jeszcze dłuższą chwilę, obserwując jej zachowanie, ponieważ bardzo bałam się, że mogłam wyrządzić jej jakąś krzywdę. Wtedy dotarło do mnie, że od początku miałam złe przeczucia dotyczące hipnozy. Mimo to próbowałam tę intuicję ignorować. Dziś wiem, że – jak radził św. Paweł – powinniśmy unikać wszystkiego, co ma choćby pozór zła (por. 1 Tes 5, 22).

W dniu zawodów moja zawodniczka była spokojna, wygrywała z łatwością wszystkie walki, a w finale spotkała się ze swoją rywalką. Przyznaję, że walka finałowa była dla mnie ogromnym stresem. Myślę, że denerwowałam się znacznie bardziej niż sama zainteresowana. Walka była zwycięska. Pierwszy i ostatni raz moja zawodniczka wygrała z tamtą dziewczyną. Mogłabym wtedy pomyśleć, że hipnoza okazała się skuteczna. Udało się osiągnąć coś, co do tej pory było nieosiągalne. Ale ten sukces nie przyczynił się do zmiany mojego nastawienia do hipnozy. Postanowiłam więcej do niej nie wracać.

Po pewnym czasie odrzuciłam także pozostałe tzw. metody relaksacyjne, stosowane w psychologii sportowej. Uznałam je za zbliżone do hipnozy. Podejrzane wydawały mi się zwłaszcza wizualizacja, a także metody podobne do wschodniej medytacji. Zakładały one, że człowiek za pomocą wyobraźni może wpływać na rzeczywistość. Po pewnym czasie, może z powodu braku narzędzi, a może ze względu na utratę zaufania do metod stosowanych w psychologii, zakończyłam moją przygodę z psychologią sportu.

Hipnoza od początku kształtowania się psychologii jako odrębnej nauki była stosowana przez terapeutów. Psychoanalitycy chętnie uciekali się do niej w celu wydobycia ukrytych wspomnień i traumatycznych przeżyć z dzieciństwa. Do dziś znajduje ona zastosowanie w psychologii klinicznej i psychiatrii jako metoda diagnozowania oraz leczenia zaburzeń lękowych i nerwicowych. Terapeuci, którzy ją stosują, są przekonani o jej skuteczności. Trudno jednak jednoznacznie ocenić skuteczność takiego leczenia, ponieważ nie ma na ten temat wystarczająco rzetelnych badań, które po dłuższym czasie sprawdzałyby stan leczonych w ten sposób osób. Nikt też nie badał, jakie skutki może mieć stosowanie hipnozy. Nawet jeśli u chorego poddanego hipnozie występuje wyraźna poprawa, efekt na ogół nie jest trwały. Skoro nie ma dobrych owoców stosowania tej metody, tym bardziej należy jej unikać, zwłaszcza że nie znamy mechanizmu jej oddziaływania. Podobieństwo zachowania ludzi znajdujących się pod wpływem transu hipnotycznego do zachowań ludzi zniewolonych i opętanych powinno być wyraźnym ostrzeżeniem przed tą metodą. 

Artykuł ukazał się w 47  (lipiec 2016) numerze Miesięcznika Egzorcysta.
 

Komentarze (0)

Portal zywawiara.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy i wypowiedzi zamieszczanych przez internautów. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną.