żywa Wiara

ArtykułyZOBACZ WSZYSTKIE

Emilia Wojtyła była zachęcana do aborcji

autor: Grzegorz Górny

użytkownik: Klaudia z dnia: 2016-06-02

Karol Wojtyła mógł się nie urodzić, ponieważ lekarz prowadzący ciążę jego matki zachęcał ją do poddania się aborcji. Historię tę opisuje Milena Kindziuk w książce pt. Matka Papieża. Pod koniec 1919 roku doktor Jan Moskała, najlepszy ginekolog i położnik wadowicki, poinformował Emilię Wojtyłę, że jej ciąża jest zagrożona i że dziecko może urodzić się tylko kosztem jej życia. W tej sytuacji zarekomendował dokonanie aborcji, gdyż jego zdaniem kobieta miała nie przeżyć porodu.

Dla 36-letniej Emilii diagnoza brzmiała jak wyrok. Trzy lata wcześniej, tuż po porodzie, zmarła jej córeczka Olga. Teraz doktor sugerował śmierć kolejnego dziecka. Mimo jego ostrzeżeń zdecydowała, że urodzi to dziecko – nawet jeśli miałoby ją to kosztować życie. Jej mąż Karol wsparł ją w tej decyzji. Zdali się na Boga, uznając, że każde życie jest święte. Nad poczętym dzieckiem opiekę roztoczył żydowski lekarz, którego Karol sprowadził do żony. Był to lekarz wojskowy – doktor Samuel Taub. Wiedział on, jak ryzykownej próby się podejmuje, jednak nigdy nie nalegał na Emilię, by dokonała aborcji.

18 maja 1920 roku tuż pod godzinie 17.00 w Wadowicach przyszedł na świat chłopczyk. Akuszerka wspominała, że jego narodzinom towarzyszyła dobiegająca zza okna modlitwa. W pobliskim kościele trwało właśnie nabożeństwo majowe, podczas którego odmawiano litanię loretańską. Po przeszło miesiącu, 20 czerwca 1920 roku dziecko zostało ochrzczone, a rodzice nadali mu imiona: Karol Józef. Emilia przeżyła poród bez komplikacji. Zmarła dopiero dziewięć lat później – 1 kwietnia 1929 roku na skutek wewnętrznej infekcji organizmu. Osierociła dwóch synów: 23-letniego Edmunda i 9-letniego Karola.

24 kwietnia 1994 roku Jan Paweł II beatyfikował, a 16 maja 2004 roku kanonizował włoską lekarkę Giannę Berettę Molla. Jej los przypominał mu postawę jego matki. Była niemal jego równolatką – urodziła się 4 października 1922 roku. Od wczesnych lat pragnęła poświęcić się medycynie. Uzyskała dyplom chirurga, zrobiła specjalizację z pediatrii, otworzyła własną klinikę i prowadziła praktykę lekarską. Równolegle działała w Akcji Katolickiej i Stowarzyszeniu Wincentego à Paulo.

W 1954 roku poznała inżyniera Piera Mollę, zamożnego przedsiębiorcę, właściciela fabryki zatrudniającej trzy tysiące osób, który również był zaangażowany w działalność Akcji Katolickiej. Zbliżyła ich wspólna wiara, wrażliwość i... uczucie. 7 marca 1955 roku Pier napisał w swoim pamiętniku: „Im bardziej poznaję Giannę, tym bardziej się przekonuję, że Bóg nie mógłby już pozwolić mi spotkać kogoś lepszego”.

24 września 1955 roku wzięli ślub. Byli szczęśliwym małżeństwem. Doczekali się trójki dzieci: syna Pierluigiego i dwóch córek: Marioliny i Lauretty. Gianna dwukrotnie poroniła. Pier namawiał ją, by porzuciła praktykę lekarską i dzięki temu zyskała więcej czasu dla siebie. Ona jednak nie chciała słyszeć o pozostawieniu pacjentów.

W 1961 roku po raz kolejny zaszła w ciążę. Podczas wizyty u ginekologa dowiedziała się, że w okolicy macicy umiejscowił się wielki guz, który rósł bardzo szybko. Jak pisze jej biograf Antonio Sicari: „Ówczesna nauka dla ratowania życia matki zalecała dwa rozwiązania: otwarcie jamy brzusznej i usunięcie guza razem z macicą albo usunięcie guza z przerwaniem ciąży. Trzecie rozwiązanie polegające na usunięciu tylko guza, bez usunięcia dziecka, niosło ogromne niebezpieczeństwo dla życia matki”.

A jednak Gianna nie wahała się ani przez chwilę. Powiedziała swemu lekarzowi, żydowskiemu profesorowi, praktykującemu wyznawcy judaizmu, że chce urodzić to dziecko. Nie podzielał jej zdania, ale uszanował jej wolę. Kilka dni przed porodem oświadczyła mężowi: „Jeśli musicie wybierać między mną a dzieckiem, to żadnego wahania: wybierzcie – żądam tego – wybierzcie dziecko. Ratujcie dziecko”.

W Wielki Piątek 1962 roku trafiła do szpitala. Kiedy wchodziła na oddział położniczy, spotkała zakonnicę, której powiedziała: „Siostrzyczko, przyszłam tu, żeby umrzeć... Wystarczy, żeby wszystko poszło dobrze z moim dzieckiem, ja się nie liczę”.

Urodziła dziecko w Wielką Sobotę. W tym czasie za oknem rozległ się dźwięk dzwonów i zaczęła się wielkanocna rezurekcja. Na świat przyszła Gianna Emmanuela. Jednak dla jej matki rozpoczął się ostatni etap jej życia. Wiele wówczas cierpiała i często traciła przytomność. Zmarła tydzień po porodzie na septyczne zapalenie otrzewnej.

Trzy dni przed śmiercią odbyła rozmowę ze swym mężem, która zapadła mu się głęboko w pamięć. W środę rano była całkowicie przytomna i – jak wspominał Pier – emanowała tak niezwykłym spokojem, że wydawała się pochodzić nie z tego świata. Powiedziała mu wówczas:

Pier, jestem już zdrowa. Byłam już tam i żebyś wiedział, co widziałam! Pewnego dnia opowiem to Tobie. Ale ponieważ byłam ogromnie szczęśliwa i było mi bardzo dobrze z naszymi wspaniałymi dziećmi, pełnymi zdrowia i łaski ze wszystkimi błogosławieństwami z nieba, odesłano mnie ponownie na dół, abym znowu cierpiała, ponieważ nie jest dobrze stanąć przed Panem bez przejścia przez cierpienie.

Mąż, choć cierpiał z powodu śmierci żony, całkowicie rozumiał i podzielał jej decyzję. Wiedział, że skłoniła ją do tego macierzyńska miłość. Osierociła trójkę dzieci, jednak nie mogłaby opiekować się nimi, mając świadomość, że odbywa się to kosztem śmierci ich czwartego dziecka. Kochała je bardziej niż samą siebie. Nie była w stanie przekroczyć zakazu: „Nie zabijaj!”, gdyż uznawała każde ludzkie życie za dar Boga, którego inny człowiek nie ma prawa odbierać.

Zarówno podczas jej mszy beatyfikacyjnej, jak i kanonizacyjnej na Placu św. Piotra w Rzymie obecna była również jej rodzina, a zwłaszcza mąż Pier i najmłodsza córka – Gianna Emmanuela. Jan Paweł II, ogłaszając nową błogosławioną, powiedział, że pragnie w ten sposób: „Oddać hołd tym wszystkim heroicznym matkom, które bez reszty poświęcają się swoim rodzinom, które cierpią wydając dzieci na świat, a potem gotowe są podjąć wszelkie trudy, ponieść wszelkie ofiary, ażeby tym dzieciom przekazać wszystko, co mają najlepszego”.

 Dodał też, że „Macierzyństwo może być źródłem wielkiej radości, ale może także stać się źródłem cierpień, a niekiedy wielkich zawodów. Wówczas miłość staje się próbą, czasem heroiczną, która wiele kosztuje macierzyńskie serce kobiety”. Być może wspominał wówczas swoją matkę Emilię Wojtyłę, ale oddawał także hołd wszystkim matkom wypełniającym swoją posługę miłości, bez której świat nie mógłby istnieć. 

 

Grzegorz Górny – reporter, eseista, publicysta, reżyser, producent filmowy i telewizyjny. Założyciel i redaktor naczelny kwartalnika Fronda (do maja 2012), redaktor naczelny tygodnika Ozon (2005-2006). Niejednokrotnie nagradzany autor wielu książek, albumów i licznych artykułów.
 
 

Artykuł zaczęrpiniety z książki: "Duchowe konsekwencje aborcji" pod redakcją Biblioteki Mięsiecznika Egzorcysta. 

 

 
 
 


Komentarze (0)

Portal zywawiara.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy i wypowiedzi zamieszczanych przez internautów. Osoby zamieszczające wypowiedzi naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną.